Posts Tagged ‘ Z plecakiem ’

Na Śnieżkę marsz, czyli karkonoska przygoda ze Szklarskiej do Karpacza

A zaczęło się niewinnie – grupka ludzi chętnych na wyjazdy w góry, wymiana kilku maili, spotkanie, a parę dni później już ośmiosobowa ekipa gotowa do wyjazdu w Karkonosze. Trzy dni, dwa samochody, 400km w jedną stronę, 1600m npm i tona mocnych wrażeń – tak w skrócie opisać można weekendowy  wypad w Sudety.

A zaczęło się w schronisku U Rumcajsa w Szklarskiej Porębie w piękny piątkowy wieczór. Tam oto zgromadziło się pięciu Włóczykijów z Krakowa oraz trzech z Jaworzna, by następnego dnia po udanej imprezie integracyjnej uderzyć w najwyższe pasmo górskie Sudetów. Planowane wczesne wyjście na szlak zostało unicestwione przez logistykę związaną z transportem jednego samochodu do Karpacza tak, byśmy po zejściu ze szlaku w niedzielę mogli łatwo dostać się spowrotem do Szklarskiej. Pozornie krótka odległość 30 km między Szklarską a Karpaczem mocno nas zmyliła, stąd na szlak wyruszyliśmy dopiero po godz. 11.

Jednak pogoda była wymarzona – wspaniałe słońce, błękitne niebo bez śladu chmurki i orzeźwiająca bryza! Pierwsze podejście do Hali Szrenickiej okazało się być dla niektórych wyzwaniem, szczególnie, że dla większości z nas wypad ten był rozpoczęciem sezonu. Jednak nie ma takich przeszkód, które w grupie nie da się pokonać i po krótkim odpoczynku znów znaleźliśmy się na szlaku, tym razem w kierunku Śnieżnych Kotłów – tu już w większości granią, więc nie tak stromo. Pogoda dopisywała, towarzystwo też, zdobywanie Karkonoszy było więc bajką. Choć, trzeba przyznać, dość długą bajką, gdyż do naszego celu dnia – schroniska Samotnia – dotarliśmy dopiero około godz. 21, czyli po ponad dziewięciu godzinach marszu.

Szczególnie ciekawy okazał się ostatni odcinek, gdzie wędrując z góry obserwowaliśmy dwa schroniska – Strzechę Akademicką i Samotnię zastanawiając się, które stanie się naszym schronieniem na noc. Wydawało się, że dojście do schroniska trwało wiecznie. Za to widoki jak z bajki, więc każdy krok się opłacał. Chwilami nawet wydawało się, że jesteśmy nie w Sudetach, lecz w Tatrach – wysokie ściany skalne, ogromne kotliny. Droga ze Strzechy do Samotni to ok. 30 min marszu stromą drogą w dół (wtedy jeszcze nie znaliśmy skrótu), ale w niesamowicie malowniczej leśnej scenerii. Gdy wreszcie dotarliśmy do schroniska, każdy marzył tylko o prysznicu i… piwie – co też natychmiast uczyniliśmy. Kolejne godziny upłynęły w błogiej atmosferze rozmów przy Wiśniówce a następnie snu – takiego jaki może być jedynie wynikiem całodziennej wędrówki po górach, czyli mocnego, zdrowego, pełnego, niedźwiedziego…

Niedziela jednak stawiała przed nami kolejne wyzwanie – a mianowicie zdobycie Śnieżki , najwyższego szczytu nie tylko Karkonoszy ale i Sudetów, co po wyczerpującym dniu oraz pobudce o 8 rano nagle nie wydawało się już takie łatwe. Gorąca herbata i coś na ząb szybko jednak dodały sił i 2 godziny później już byliśmy na szlaku w kierunku Śnieżki. A dziwna to była wędrówka – najpierw z Samotni spory kawałek po płytach betonowych przypominających kostkę brukową (swoją drogą ciekawe zjawisko), potem, już bliżej szczytu dość strome podejście po ośnieżonych, śliskich kamieniach. Otuchy nie dodawała pogoda, a szczególnie wiejący z niesamowitą siłą wiatr, a później również padający deszcz. Oj działo się!

Praktycznie przemoknięci, ale niesamowicie z siebie dumni dotarliśmy do schroniska na Śnieżce, by się dowiedzieć, że herbata kosztuje… 8 zł. Była to cena delikatnie mówiąc wygórowana – dziwnym jest fakt, że polskie schroniska górskie coraz mniej przypominają dawne schroniska PTTK nastawione na rozwój tustystyki, a coraz bardziej komercyjne restauracje i hotele. Tu jednak trzeba przyznać, że schronisko Samotnia do nich się nie zalicza – standard jest bardzo dobry, atmosfera miła, swojska i  domowa, jedzenie przyzwoite, podobnie jak i ceny. Nie mówiąc już o magicznym położeniu w samym środku górskiej kotliny. Czyli są jeszcze wyjątki…

Przemoczone ubrania, pogoda za oknem i ceny nie nastrajały do długich posiadówek w schronisku na Śnieżce, toteż po ok. pół godziny byliśmy już w drodze do Karpacza. Miał być ambitny szlak czerwony, przez przeoczenie wyszedł kręty czarny, który szczególnie w niższych partiach też był ciekawy. Około godz. 14 byliśmy już w Karpaczu, skąd udaliśmy się po drugi samochód do Szklarskiej, a następnie w kierunku Krakowa. Tak zakończyła się pierwsza wyprawa, i mam na dzieję nie ostania w Karkonosze. No bo wciąż trzeba zobaczyć Śnieżkę w normalnych warunkach pogodowych! Miejmy nadzieję, że w tym samym doborowym towarzystwie!

Pięć Stawów Polskich i schroniskowa podłoga

Kolejny weekend w Tatrach, tym razem za sprawą dwóch suwalskich podróżniczek, które po latach spędzonych w krainie lasów i jezior, zapragnęły udać się w polskie góry. Tradycyjnie już start w Palenicy Białczańskiej, tym razem jednak celem nie było Morskie Oko, a Dolina Pięciu Stawów Polskich. Bardzo przyjemna trasa zielonym szlakiem do Doliny Pięciu Stawów zakończyła się noclegiem w Schronisku Pięć Stawów, który był osobliwym, acz niezapomnianym przeżyciem.

Mianowicie schronisko było tak oblegane, że nie można było liczyć na łóżka, a noc gdzieś spędzić trzeba było! Stąd po kilku godzinach marszu nie pozostało nam nic innego, jak zasiąść w schronisku nad talerzem (swoją drogą pysznej) fasolki  po bretońsku oraz kuflem zimnego piwa i w miłym towarzystwie górskich napaleńców, przeczekać do wieczora, kiedy to wszyscy ci, którzy nie załapali się na nocleg w łóżku zaczęli niepewnie rozkładać na podłodze schroniska swoje śpiwory i koce celem spoczynku. Ludzie znajdowali się dosłownie wszędzie – od jadalni, poprzez przejście aż po drzwi łazienki a przyjemność ta kosztowała 20 zł plus blisko 2 zł opłaty klimatycznej. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że łóżko w pokoju kilkuosobowym kosztowało niewiele ponad 30 zł. Ale cóż robić – spać gdzieś trzeba, nawet jeśli oznacza to zimną wodę pod prysznicem, walkę o kawałek podłogi (swoją drogą jakże trafny staje się tekst piosenki Mr Zoob „Mój jest ten kawałek podłogi”), chrapiących towarzyszy oraz nocne rozmowy (nie)kontrolowane praktycznie uniemożliwiające zaśnięcie. Ale z drugiej strony gwarancja niesamowitej atmosfery, której nie może nam zaoferować żaden hotel, hostel czy pensjonat!

Z ciekawostek (znalezionych na stronie schroniska) warto wspomnieć, że Dolina Pięciu Stawów ma największą w Tatrach powierzchnię jezior, a schronisko Pięć Stawów jest najwyżej położonym schroniskiem w polskiej części Tatr, a zarazem jedynym w polskich Tatrach, do którego nie można dojechać samochodem.

Noc, która zdawała się trwać wiecznie dobiegła końca i ranek powitał nas deszczem (i znowu odwołanie do klasyków polskiego rocka – tym razem „Szklanej pogody” Lombardu). I wszystko byłoby w porządku, gdyby były szanse na przejaśnienie, ale na to się nie zapowiadało, a nasza (jak na nasze skromne możliwości) dość ambitna trasa niebieskim szlakiem z Doliny Pięciu Stawów do Kuźnic, skąd miałyśmy wracać do Krakowa, przekształciła się w mniej ambitne zejście w strugach deszczu do Palenicy Białczańskiej. Niedosyt pozostał, ale widoki w Dolinie Roztoki i Pięciu Stawów wraz z największym wodospadem tatrzańskim Siklawą i tak były niezapomniane!

Zakopane – cudze chwalicie, o swe nie dbacie?


Odwiedziny, oprowadzanie po starym dobrym Krakowie i w końcu weekend w Zakopanem – no bo jak nie pokazać obcokrajowcowi Tatr – tych pereł wśród polskich gór. No i Zakopanego – zimowej stolicy Polski, która ponoć rok rocznie przyciąga 3 mln turystów. Okazuje się jednak, że w lecie o nocleg w Zakopanem nie jest tak łatwo – bo na jedną noc to nie, bo za krótko, bo może ktoś przyjedzie, kto wynajmie na kilka dni – i inne tego typu tłumaczenia słyszałam od gospodarzy próbując zarezerwować nocleg. Dopiero po sześciu telefonach udało mi się zarezerwować nocleg w dość przyzwoitej cenie, blisko Krupówek.

Po prawie 3-godzinnej jeździe autobusem z Krakowa (korki na Zakopiance) wysiadamy na dworcu w Zakopanem, by od razu udać się do Palenicy Białczańskiej, skąd zaczyna się trasa do Morskiego Oka. Wybór busów duży, kierowcy stoją i ‘naganiają turystów’ – przejazd kosztuje 8 zł za osobę. Trzeba przyznać, że logistycznie jest to dobrze zorganizowane – nie ma praktycznie żadnych przestojów, turyści spragnieni widoku najsłynniejszego jeziora Tatr są obsługiwani na bieżąco. Szkoda tylko, że w busie ścisk taki i ledwo oddychać można – nasz kierowca zdecydował, że wypełni również miejsca stojące – a co tam, zawsze to 50zł więcej!

40 min później wysiadamy, by ustawić się w kolejce do wejścia do Tatrzańskiego Parku Narodowego, skąd można albo iść pieszo 9 km, albo przebyć tę trasę powozem konnym. Wstęp do Parku kosztuje 4,40zł za osobę (cena w sezonie, poza sezonem 3,20zł). I wszystko byłoby ok, gdyby w Parku widać było, że te pieniądze są sensownie inwestowane. Rozpoczynamy 9-kilometrowy spacer w kierunku jeziora i już pierwszy odcinek trasy pokazuje, że nic się tu nie zmieniło od mojej ostatniej wizyty nad Morskim Okiem, a było to dokładnie 10 lat temu. Zaczyna się od nieciekawie wyglądających (i jeszcze gorzej pachnących) toalet a kończy na braku oznakowania na trasie – gdy idziemy już jakiś czas, miło byłoby wiedzieć, ile kilometrów mamy za sobą, ile jeszcze przed nami – szczególnie że jest to chyba najczęściej odwiedzana trasa w Tatrach, którą nie pokonuja wyczynowcy i zapaleńcy górscy, tylko najzwyklejsi turyści! A tych tego dnia co nie miara, wręcz tłumy. Więc zastanawiam się, jak to jest z tą organizacją – jeśli normalny bilet wstępu do Parku kosztuje 4,40zł, zakładając, że tego dnia trasę do Morskiego Oka pokonało 1000 osób (a było ich na pewno sporo więcej!), to prosty rachunek pokazuje, że Park w jeden sierpniowy dzień zarobił 4400 zł, a takich dni w sezonie jest min. 90, co daje prawie 400 000 zł (pomijając fakt, że turyści przyjeżdżają również poza sezonem, a wstęp wtedy też jest płatny). No i tak się zastanawiam, dlaczego ta baza turystyczna jest tak uboga, co władze Parku robią z tymi pieniędzmi i dlaczego nie dbają o to by wspierać turystykę i zostawić pozytywne wrażenie na odwiedzających, by wkrótce wrócili? Swoją drogą, niektórzy turyści też pozostawiają wiele do życzenia – sterty śmieci leżące na drodze parku narodowego nie stanowią miłego widoku!

Po prawie trzech godzinach marszu dochodzimy do Morskiego Oka i widok od razu rekompensuje trud wędrówki. Idziemy daleko od zgiełku przy schronisku, starając się znaleźć spokojne miejsce by nacieszyć się widokiem. W końcu udaje się nam – po 10min dochodzimy do małej zatoczki, skąd świetnie widać i góry i schronisko. Błękit wody jeziora jest nie do opisania. Postanawiamy następnym razem bardziej się przyłożyć, by zobaczyć go znad Czarnego Stawu. Droga powrotna jest o wiele łatwiejsza i pokonujemy ją dużo szybciej.

Wieczorem kolacja w jednej z tradycyjnych restauracji na Krupówkach przy dźwiękach góralskiej muzyki. Obserwujemy tłumy ludzi przemierzających tę nasłynniejszą ulicę miasta – obok języka polskiego słyszymy angielski, niemiecki, włoski, hiszpański, rosyjski – Zakopane jest zdecydowanie górskim celem nr 1 zagranicznych turystów. Zresztą polskich też. Następnego dnia pogoda pogarsza się. Udajemy się kolejką na Gubałówkę, ale chmury gęsto pokrywają szczyty gór, nie wiele widać. Resztę dnia spędzamy na spacerowaniu w poszukiwaniu lokalnych pamiątek i smakołyków. Do wyboru do koloru, nie wiadomo na co się zdecydować – dziesiątki rodzajów oscypków, kożuchy, wełniane czapki, wymyślne ozdoby i dekoracje. I baca, który już nie jest bacą a odpowiada na zapotrzebowanie tłumów turystów w postaci sprzedawcy, animatora ulicznego czy kelnera. I dobrze, jeśli ma coś z tego. Mam tylko dziwne wrażenie, że wszystko to zrobiło się bardzo komercyjne, nastawione na (wy)zysk a jednak wciąż nam daleko do innych turystycznych atrakcji na świecie. Bo jak długo jeszcze tatrzańskie krajobrazy będą rekompensować nieduolność władz i brak bazy turystycznej na jaką zasługuje takie miejsce jak Zakopane?

Hiszpania z plecakiem: co, gdzie, za ile czyli informacje praktyczne

Operacja Iberia zakończyła się pomyślnie ponad 3 miesiące temu. Podróżując z plecakiem przemierzyłam 3000 km, odwiedzając 19 miast i miejscowości w ciągu 32 dni. Koniec podróży, koniec zwiedzania i najlepszej na świecie lekcji portugalskiej i hiszpańskiej kultury. Ale zostają wspomnienia i cenna wiedza na temat podróżowania po tych krajach, którą, z uwagi na liczne prośby mailowe, postanowiłam się podzielić. Na początek Hiszpania.

KOSZTY

Ceny w Hiszpanii, mimo, że wyższe niż w Polsce, nie należą do wygórowanych w porównaniu z innymi krajami Europy Zachodniej. Jak wszędzie, jeżeli się postaramy, możemy sporo zaoszczędzić, np. zaopatrując się w tańszych supermarketach jak np. El Dia.

W mojej podróży całościowe dzienne wydatki wynosiły średnio 30-35 euro, na co składały się noclegi, jedzenie, wstępy i przejazdy w opcji niskobudżetowej, ale dalekiej od oszczędzania za wszelką cenę. Kwotę tę można obniżyć o ok. 5-10 euro, jeśli będziemy gotować we własnym zakresie i rezerwować noclegi z dużym wyprzedzeniem – ja z reguły szukałam noclegów na miejscu lub rezerwowałam dzień lub dwa przed przyjazdem. Warto dodać, że podróżowałam w maju, który nie uchodzi za pełnię sezonu.

TRANSPORT

Sieć transportu publicznego w Hiszpanii jest dobrze rozbudowana i generalnie nie ma problemu z dojazdem do bardziej popularnych miejsc. Pociągi są dość komfortowe, ale nieco droższe od autobusów (zależnie od trasy) i często nie zatrzymują się w mniejszych miejscowościach. Mimo to warto rozważyć opcję pociągu, szczególnie na dłuższych, kilkugodzinnych trasach choćby z uwagi na lepszy komfort jazdy. Wybrane połączenia kolejowe są tańsze, jeżeli dokonamy zakupu przez internet z dużym, kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Autobusy są wygodne, z reguły klimatyzowane i szeroko dostępne.
Warto śledzić połączenia w internecie i decydować się na środek transportu zależnie od trasy – kolej http://www.renfe.es, połączenia autobusowe http://www.alsa.es oraz strony lokalnych przewoźników dominujących w danym regionie. Dla przykładu regularny pociąg z Madrytu do Walencji kosztuje, zależnie od daty zakupu, od €50 do €80, ale możemy zdecydować się na kolej regionalną gdzie, podróż trwa co prawda aż 6-7 godzin, ale za to kosztuje jedyne 25 euro!

Warto pamiętać, że jeżeli wybieramy się na jednodniowa wycieczkę (np. z Madrytu do Toledo), to warto zakupić bilet ‚ida y vuelta’, czyli w 2 strony, który jest zwykle tańszy.

Przykładowe ceny przejazdów:

  • Sewilla Kadyks – około €12 (autobus)
  • Kadyks-Ronda €14 (autobus)
  • Ronda-Grenada €13,50 (pociąg)
  • Grenada-Madryt ok. €16 (autobus)
  • Madryt-Toledo €8,40 (autobus w dwie strony)
  • Valencia-Madryt €25 (autobus)

Samochód jest korzystną opcją jeżeli podróżujemy w grupie – podróżując w pojedynkę lub w dwie osoby po podliczeniu kosztów (cena wynajmu + ubezpieczenie + paliwo + ewentualna dopłata za oddanie pojazdu w innej lokalizacji) możemy zapłacić sporo więcej niż korzystając ze środków transportu publicznego. Z drugiej jednak strony samochód daje możliwość zobaczenia miejsc, które, podróżując autobusem czy pociągiem możemy jedynie podziwiać przez szybę, jeśli mamy szczęście.

NOCLEGI

Hiszpania oferuje całą gamę miejsc noclegowych – od schronisk młodzieżowych i hosteli po hostale, pensjonaty i hotele. Znów sprawdza się stara prawda, iż bardziej opłaca się podróżować w grupie, niż w pojedynkę – w Hiszpanii można znaleźć wiele pensjonatów i hostali, które liczą sobie za pokój a nie osobę, czyli jeżeli dzielimy z kimś pokój – płacimy ok. €25-35 za noc za dwie osoby – cenę zbliżoną do kosztu pokoju jednoosobowego. Opcję hostali i pensjonatów warto rozważyć szczególnie w mniejszych miastach, gdzie baza noclegowa jest uboższa.

Z punktu widzenia backpackera najciekawszą opcją są hostele młodzieżowe, których pełno jest w Hiszpanii. Po pierwsze oferują one dość korzystną cenowo opcję noclegową, po drugie dają niepowtarzalną możliwość poznania ludzi z całego świata. Koszt za łóżko w dormie wieloosobowym waha się od €12 do €25. W bardziej popularnych miastach warto rezerwować noclegi z wyprzedzeniem, szczególnie w czasie różnorodnych imprez lokalnych i festiwali.

JEDZENIE

W opcji niskobudżetowej możemy sporo zaoszczędzić zaopatrując się w jedzenie w supermarketach. Jednak jeżeli chcemy naprawdę ‘posmakować’ Hiszpanii, koniecznie musimy spróbować jej lokalnej kuchni, która należy do najlepszych w Europie. Miejsca z założenia turystyczne bogate są w lokale oferujące nie zawsze najlepsze, za to często kosztowne potrawy, dlatego warto szukać na swojej drodze lokalnych knajpek i restauracji.

Szukając obiadu, rozglądajmy się za menú del día, czyli daniem dnia, które z reguły jest rozpisane na tablicach przed lokalami. W tej opcji możemy zamówić smaczny lokalny posiłek (czasem kilka do wyboru) składający się z zupy/przystawki i dania głównego, deseru i napoju już od €8-10. Podobny obiad w opcji tradycyjnej może kosztować ok €30-40. Menú del día serwowane jest w godzinach popołudniowych, zależnie od lokalu między 13:00 a 16:00.

Będąc w Hiszpanii, koniecznie należy spróbować tradycyjnych potraw tego kraju jak np. paellę, churros z czekoladą domowej roboty, czy różnego rodzaju ryb. Moją ulubioną jest grilowana lub pieczona dorada – biała, delikatna ryba śródziemnomorska, która nie bez powodu była ulubionym gatunkiem starożytnych Rzymian. Hiszpanie są również mistrzami przyrządania wszelkich owoców morza jak mątwie czy kałamarnice. Więcej w poście o kuchni kanaryjskiej, która jest zbliżona do kuchni Hiszpanii kontynentalnej.

Należy też pamiętać, że wyprawa do Hiszpanii nie będzie 100-procentowa, jeżeli nie spróbujemy tapas, czyli małych przekąsek między posiłkami. Wywodzą się one co prawda z Andaluzji, ale cieszą się popularnością w całej Hiszpanii. Więcej informacji tutaj.

KOMUNIKACJA

Komunikowanie się z zagranicą w Hiszpanii nie nastręcza większych problemów. Kafejki internetowe są szeroko dostępne, a ceny internetu wahają się od €0,50 do €2 euro za godzinę, zależnie od miejsca. Niestety jakość niektórych pozostawia wiele do życzenia – zdarzyło mi się kilka razy korzystać z komputera w kafejce, który notorycznie się zawieszał i wyłączał, kompletnie uniemożliwiając korzystanie z internetu. Jeżeli dysponujemy własnym laptopem, w większych miastach można korzystać z wi-fi – zarówno w kawiarniach jak i hotelach czy hostelach.

Gdy zależy nam na kontakcie telefonicznym, polecam tzw. call shopy (po hiszpańsku ‘locutorio’), które oferują dość korzystne ceny rozmów zagranicznych. Gdy planujemy dłuższy pobyt i nie chcemy by nasz budżet zbytnio ucierpiał przez koszty roamingu, warto na czas pobytu zakupić kartę startową którejś z lokalnych sieci komórkowych. Najpopularniejsze sieci w Hiszpanii do Movistar, Vodafone i Orange. Ja korzystałam z usług sieci Lebara Movil, która oferuje tanie rozmowy zagraniczne.

JĘZYK

Jak wiadomo urzędowym językiem Hiszpanii jest kastylijski, zwany również hiszpańskim, który jest jednocześnie najbardziej rozpowszechnionym językiem w tym kraju. W rejonach wybrzeża wschodniego – w Katalonii, Walencji i na Balearach – obok kastylijskiego używa się również katalońskiego. Poza tym wśród lokalnych języków wymienić należy galicyjski w Galicji i baskijski w Kraju Basków.

Angielski jest powszechnie używany w miejscach skupiających młodych ludzi z całego świata, czyli np. hostelach młodzieżowych – tutaj z reguły spokojnie załatwimy wszystko w tym języku.

Wybierając się natomiast w dłuższą podróż po Hiszpanii, warto zaopatrzyć się w dobre rozmówki oraz znajomość podstawowych zwrotów komunikacji codziennej w języku hiszpańskim, co znacznie może ułatwić nam podróżowanie, szczególnie po mniej turystycznych rejonach. Hiszpanie, bowiem, szczególnie starsi słabo mówią po angielsku, więc może okazać się, że kupienie biletu czy zamówienie posiłku w restauracji jest nie lada problemem. Za to bardzo pozytywnie odbierana jest choćby podstawowa znajomość języka świadcząca o zainteresowaniu krajem i jego kulturą.

WARTO ZOBACZYĆ…

  • Występ flamenco w którymś z lokalnych barów (warto podpytać Hiszpanów, unikajmy typowo komercyjnych barów nastawionych na turystów)
  • Mercados, czyli hale targowe znajdujące się we wszystkich większych miastach kraju, gdzie można zakupić niespotykane u nas gatunki ryb, owoców morza, szynek, itp.
  • Któryś z lokalnych festiwali, których pełno w całej Hiszpanii. Aktualny kalendarz można znaleźć tutaj.

UWAGA NA…

  • Kradzieże, szczególnie w dużych, popularnych turystycznie miastach jak Madryt czy Barcelona, w których kieszonkowcy tak skutecznie opanowali swój fach, że wiele ofiar orientuje się dopiero przy jakimś zakupie, że straciło portfel z gotówką i kartami płatniczymi. Szczególną ostrożność należy zachować na popularnych ulicach ‘zakupowych’ jak Gran Via w Madrycie czy La Rambla w Barcelonie, które są rajem dla wyspecjalizowanych złodziejaszków.
  • Sjestę, czyli kilkugodzinną drzemkę w środku dnia, na czas której sklepy i zakłady pracy zostają zamknięte na ok. 4 godziny, z reguły między 13:00 a 17:00. Ten osobliwy zwyczaj hiszpański, choć bardzo ciekawy, może skutecznie pokrzyżować plany aktywnych turystów, więc przy planowaniu zwiedzania należy wziąć pod uwagę, że wiele rzeczy nie będziemy w stanie załatwić w czasie wypoczynku Hiszpanów.

Barcelona: Gaudi i obco brzmiący język

Barcelona, Spain

I oto kończy się – moja przygoda z Hiszpanią. Nie sposób uniknąć żalu wyjeżdżając z tego kraju pełnego smaków, zapachów i tradycji. Na pocieszenie na koniec zostawiłam sobie coś wyjątkowego – Barcelonę, która zgodnie z oczekiwaniami nie zawiodła.

Widoki po drodze z Walencji były niezapomniane. I ta różnorodność mikroklimatów. Na całej trasie było kilka odcinków ze skrajnie różną pogodą – od silnie zacinającego deszczu i pokrytego chmurami brunatnoniebieskiego nieba po mocne, wręcz rażące słońce. Znalezienie wcześniej zarezerwowanego hostelu skutecznie utrudniały obco brzmiące nazwy ulic, z którymi spotkałam się już w Walencji, ale nie na taką skalę. Bo Barcelona jest dwujęzyczna. Obok kastylijskiego, powszechnie nazywanego hiszpańskim używa się jeszcze KATALOŃSKIEGO– lokalnego języka czterech regionów: Katalonii, Walencji, Andory i Balearów. Kataloński brzmi nieco podobnie do hiszpańskiego, jednak jest to oddzielny język, a nie dialekt, więc jest dla obcokrajowców, a nawet Hiszpanów z innych regionów trudny do zrozumienia. Mimo wszystko jest to fajny element kultury, nawet jeśli nie rozumiem co kucharz dziś serwuje w menu del dia…

To apropos języka. W dziedzinie osobistości, Barcelona kojarzyć mi się będzie z jej najsłynniejszym synem – ANTONIO GAUDIM. Gaudi był katalońskim architektem, który zaczął projektować w stylu gotyckim, by później wyrobić swój własny, trudny do zakwalifikowania styl charakteryzujący się bogactwem formy oraz nieregularnymi, organicznymi kształtami podpatrzonymi w przyrodzie. Najsłynniejsze domy w tym stylu to CASA MILA i CASA BATLLO prezentujące typową dla Gaudiego płynność kształtów i śmiesznie pokrzywione fasady i dachy.

Gaudi, Barcelona, Spain

Poza tym nie sposób pominąć chyba najsłynniejszą budowlę Barcelony – SAGRADĘ FAMILIĘ, czyli kościół pozostający w ciągłej budowie od 1882 roku. Ukończenie budowy planowane jest na rok 2026! Gaudi poświęcił temu projektowi ostatnie 15 lat swojego życia, pełniąc czynną rolę w budowie.

Sagrada Familia, Barcelona, Spain

Innym wielkim dziełem Gaudiego jest PARK GÜELL, czyli ogromny zespół ogrodowy z elementami architektonicznymi zbudowany na początku XX wieku na życzenie lokalnego przedsiębiorcy Eusebi Güell’a. Później park został wykupion przez władze miasta i przekształcony w park miejski, którym to pozostał po dzień dzisiejszy. Nie bez powodu obiekt został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO – typowe dla Gaudiego organiczne kształty ozdabiają każdą budowlę na terenie ogromnych połaci zieleni a spacer w wyższe partie ogrodów oferuje niesamowity widok na Barcelonę.

Park Güell, Barcelona, Spain

Z parków wartych polecenia, tym razem już nie projektu Gaudiego jest PARC DE LA CIUTADELLA, czyli zespół zieleni w stylu modernistycznym utworzony na terenie dawnej twierdzy, z łukiem triumfalnym (ARC DEL TRIONF) stanowiącym wejście. Park stanowi przyjemną ostoję dla turysty po ciężkim dniu zwiedzania lub pracy – dla mieszkańców Barcelony.

Jednym z ciekawszych miejsc w mieście jest BARRI GOTIC, czyli średniowieczna dzielnica gotycka stanowiąca jednocześnie centrum starego miasta, usytuowana pomiędzy wybrzeżem a LA RAMBLĄ – głównym bulwarem miasta z mnóstwem sklepów, straganów i  innych atrakcji zapewnianych m. in. przez ulicznych artystów.

La Rambla, Barcelona

Stąd można się udać w kierunku imponującego PORTU oraz plaży w dzielnicy LA BARCELONETA, która niegdyś była dzielnicą rybacką.

Barceloneta, Barcelona, Spain

Poza tymi sztandarowymi zabytkami, które trzeba zobaczyć, Barcelona posiada wiele innych atrakcji. Warto choćby przejść się ulicami EIXAMPLE, dzielnicy klasy średniej z dużymi budynkami i szerokimi ulicami pełnym modernistycznej architektury, czy odwiedzić LA BOQUERIĘ, największą w Barcelonie halę targową z artykułam spożywczymi. Jeśli czas pozwoli, można również wybrać się do POBLE ESPANYOL – wioski hiszpańskiej będącej muzem architektonicznym na wolnym powietrzu. Miejsce to nazywane jest miniaturą Hiszpanii, gdyż przedstawiaja różne style architektoniczne naśladujące różne części Hiszpanii.

To tylko kilka z ciekawych miejsc w Barcelonie, których miasto ma bez liku, a kilkudniowy wypad pozwala zwiedzić tylko ich namiastkę. Niestety mój czas się kończy, czas wracać, ale napewno kiedyś tu wrócę, by zobaczyć to, czego nie udało mi się zobaczyć przez ostatnie trzy dni, a także przez ostatni miesiąc zwiedzając Półwysep Iberyjski.

W Walencji, krainie paelli

Plaza de Ayuntamiento, Valencia, Spain

Z centralnej Hiszpanii udałam się znowu na wybrzeże. Tym razem nie atlantyckie, a Morza Śródziemnego. Dobrze znowu odetchnąć morskim powietrzem i posłuchać szumu fal. Dobrze też uciec od tłumów turystów, których pełno w Madrycie. Tak trafiłam do Walencji, trzeciego pod względem wielkości miasta Hiszpanii, w którym powstała jedna z najsłynniejszych hiszpańskich potraw – paella.

Paella to nic innego, jak ryż z rozmaitymi dodatkami. Ta tradycyjna, walencjańska, zawiera owoce morza, mięso kurczaka i królika oraz warzywa, ale odmian jest tyle, co gustów i każdy znajdzie coś dla siebie. Opcja wegeteriańska to PAELLA DE VERDURAS, dla miłośników owoców morza powstała PAELLA MARINERA, istnieje również PAELLA MIXTA, która zawiera po trochę wszystkiego. Tradycyjnie paella podawana jest w płytkim naczyniu z uchwytami przypominającym patelnię, w którym to jest przygotowywana. Potrawa pochodzi z Walencji i tu ponoć smakuje najlepiej, ale serwowana jest z powodzeniem w całej Hiszpanii.

Paella valenciana

Poza specjałami kulinarnymi Walencja oferuje również wiele innych atrakcji – jest to miasto pełne zabytków z różnych okresów, muzeów i innych ważnych miejsc dla kultury regionu.

Ja zwiedzanie zaczęłam od koryta rzeki TURIA, której to nadano nowy bieg po tym, jak w 1957 roku zalała miasto po raz kolejny, przynosząc mnóstwo ludzkich i materialnych strat. Stare koryto przekształcono w 11-kilometrowy park miejski okalający centrum, gdzie można udać się na długi spacer, uprawiać jogging czy jazdę na rowerze.  Koryto Turii pełne jest ludzi od wczesnego ranka do poźnego wieczora. Do starego miasta można wejść przez monumentalną bramę TORRES DE SERRANOS, która jest jednym z dwóch słynnych wejść zbudowanych w średniowieczu.

Torres de Serranos, Valencia, Spain

Za centralny punkt miasta uważana jest PLAZA DE AYUNTAMIENTO, czyli olbrzymi plac pełen XIX i XX-wiecznej architektury z modernistycznym budynkiem ratusza na czele. Poza tym koniecznie trzeba zobaczyć XIII-wieczną katedrę reprezentującą różne style od Gotyku do Baroku założoną na terenie byłego meczetu z charakterystyczną ośmiokątną wieżą uwidacznianą na wielu pocztówkach.

Cathedral, Valencia, Spain

Jedną z ciekawszych atrakcji, która jest częścią lokalnej kultury jest MERCADO CENTRAL, czyli jedna z najstarszych i wciąż czynnych hal targowych w Europie, zbudowana na początku XX wieku w typowym walencjańskim stylu z mnóstwem kolorowych mozaik. Ale co tam mozaiki – te świeże owoce (sadów i morza), warzywa i szynki mogą przyprawić o zawrót głowy!

Mercado Central, Valencia, Spain
Mercado Central, Valencia, Spain

Walencja przypadła mi do gustu również dzięki temu, że ma dostęp do morza i usytuaowanych zaledwie o kilka kilometrów od centrum szerokich, piaszczystych plaż. Główna plaża miejska, Malvarrosa jest zawsze pełna lokalnych, turystów i plażowych sprzedawców, oferujących wszystko od zimnych napojów, lodów i słodyczy poprzez okulary słoneczne, zmywalne tatuaże, na zabiegach masażu skończywszy.

Valencia, Spain

Chociaż nie tak popularna turystycznie jak Madryt czy Sewilla, Walencja okazała się być jednym z ciekawszych miejsc na mojej trasie, chyba dlatego, że ma po trochę wszystkiego i jest strzałem w dziesiątkę dla tych, którzy szukają różnych doznań na wakacjach – od bogatej kultury, świetnego jedzenia, po niesamowite zabytki i piękne plaże…

Sladami hiszpanskich stolic: Madryt i Toledo

Plaza Mayor, Madrid, Spain
Czas podrozy mozna podzielic na czas ‚w podrozy’ i czas zwiedzania miejsc. Po ostatnich trzech dniach spedzonych w Madrycie nadszedl wlasnie czas ‚w podrozy’, czyli siedmiogodzinna jazda lokalnym pociagiem z Madrytu do Walencji. W Hiszpanii podrozowalysmy czesciej autobusami, wiec juz zapomnialam jaka frajde sprawia taka dluga jazda pociagiem. Szczegolnie, ze pociagi, nawet te regionalne, sa dobrej jakosci a obsluga bardzo mila i pomocna. I tak spogladam na te gaje oliwne i spalona sloncem czerwona ziemie za oknem i mysle sobie, ze fajny ten Madryt, ale dobrze byc znowu w drodze.

Madryt jest miastem poteznym – zarowno pod wzgledem powierzchni jak i liczby mieszkancow. I czuje sie to na kazdym kroku, gdyz mimo, ze scisle centrum nie jest duze, i mozna go obejsc na piechote, by dotrzec do nieco dalej oddalonych czesci miasta, trzeba wziac metro, gdyz sa to juz spore odleglosci. Poza tym nielatwo jest uciec od tlumow ludzi, jak np. w Sewilli czy Grenadzie, gdzie wystarczy wejsc w ktoras z waskich uliczek centrum by zlapac troche wytchnienia. Madryt jest miastem stosunkowo mlodym, co widzi sie po budowlach, ktore jesli nie nowe (w porownaniu z tymi w innych miastach Hiszpanii), sa swiezo odrestaurowane i nie nadgryzione zebem czasu jak te w Andaluzji czy Portugalii. Mimo to Madryt bardzo pozytywnie mnie zaskoczyl, gdyz po przeczytaniu o nim w przewodniku wyobrazilam go sobie jako ogromna betonowa wioske pelna sklepow i ruchu ulicznego. I faktycznie tych dwoch ostatnich nie brakuje w Madrycie, ale mimo to miasto nie przytlacza. Prawdopodobnie dzieki bardzo szerokim ulicom, mnostwie przestrzeni i terenow zielonych. I placow, ktore znajduja sie doslownie wszedzie. Dwoma chyba najslynniejszymi jest PLAZA MAYOR, ktory troche przypomina mi krakowski Rynek – miejsce spotkan, ogrodkow piwnych i restauracji zawsze pelne zarowno miejscowych jak i turystow oraz PUERTA DEL SOL ze stacja metra i statua misia opartego o drzewo, ktory jest symbolem miasta. I te skwery i ogrody wszechobecne w calym miescie – od ´jardines´przy imponujacej i jednej z bardziej znanych budowli miasta PALACIO REAL po ogromny PARQUE DE EL RETIRO, w ktorym mozna spacerowac godzinami.

Palacio Real, Madrid, Spain

Ale Madryt tak naprawde slynie z dwoch rzeczy: zycia nocnego i muzeow. To pierwsze zdaje sie nigdy nie konczyc, bo nawet rano mozna zobaczyc ludzi na ulicach, ktorzy wciaz chca sie bawic, mimo ze ostatnie kluby zostaly zamkniete. Wiec ida na CHURROS z czekolada, typowe madryckie sniadanie i planuja kolejna noc na miescie. I to nie tylko mlodzi – w zabawie do wczesnych godzin rannych biora udzial wszyscy a ulice nawet w srodku tygodnia sa pelne zycia, muzyki i ludzi. Szczegolnie znane z zycia nocnego sa HUERTAS, GRAN VIA (ktora slynie rowniez ze swiatowej slawy wystepow teatralnych i musicali) czy wczesniej wspomniana PLAZA MAYOR.

Madrid, Spain

Gdy jednak ma sie dosc madryckich imprez, zawsze mozna znalezc wytchnienie w sztuce, ktorej w Madrycie z cala pewnoscia nie brakuje. Stolica Hiszpanii uchodzi bowiem za ulubiona europejska destynacje milosnikow muzeow i galerii sztuki, wiekszosc z ktorych miesci sie przy PASEO DEL PRADO. My odwiedzilysmy to najslynniejsze czyli muzeum PRADO, mieszczace prawie 8 tysiecy malowidel i rzezb, z czego jedynie 1300 jest wystawione z powodu braku miejsca. Muzeum jest prawdziwa gratka dla fascynatow sztuki, gdyz Prado stanowi dom dla dziel z roznych okresow od XII do XIX w. i autorstwa najwiekszych swiatowych artystow, jak Valezques, Goya, El Greco, Rubens czy Rembrandt.

Tak duchowo i artystycznie nastrojone wybralysmy sie na jednodniowa wycieczke do TOLEDO, ktore poza bliskim polozniem laczy z Madrytem jeszcze fakt, ze kiedys rowniez bylo stolica Hiszpanii. A dokladnie od upadku cesarstwa rzymskiego do czasu, gdy Maurowie podbili Hiszpanie w XVIII wieku. Obecnie Toledo jest stolica wspolnoty autonomicznej Kastylia La Mancha i uchodzi za miejsce spotkania kultur: chrzescijanskiej, zydowskiej i arabskiej.

Toledo, Spain

Toledo, Spain

Pod wzgledem architektonicznym w Toledo od razu rzuca sie w oczy dominujacy w tym regionie brazowy kolor budynkow, dzieki ktoremu wszystko wydaje sie bardziej stonowane po bialej Andaluzji. Spacer starym miastem odkrywa cala game ciekawych zabytkow – gotycka katedre, dwie synagogi, fortece z XVI wieku czy sredniowieczny zamek polozony nad brzegami Tagu.

Toledo, Spain

Toledo, Spain

Warto rowniez wspomniec, ze Toledo jest miastem mieczy jako ze od czasow rzymskich, przez wieki miescila sie tu fabryka mieczy i broni, ktora zostala zamknieta w latach 80-tych XX wieku. Miasto pelne jest mieczy, jakby wciaz bronilo sie przed zanikiem tradycji i wszedzie mnostow jest sklepow z mieczami, zbrojami i innymi rycerskimi gadzetami. Tak mnie zafascynowaly te sredniowieczne klimaty, ze postanowilam nabyc taki okaz. Po dlugich poszukiwaniach zakonczylo sie na zakupie miecza samurajskiego z filmu Ostatni Samuraj, gdyz Toledo slynie rowniez z produkcji mieczy wykorzystywanych w produkcjach filmowych na calym swiecie. I tak uzbrojona jade na podboj wschodniego wybrzeza…

Swords in Toledo, Spain