Posts Tagged ‘ Polska ’

Połonina Wetlińska – w pogoni za rogaczami i bieszczadzką ciszą

Po Tatrach, Sudetach i Beskidach przyszedł czas na Bieszczady. Gdy się jest co tydzień w innych górach, łatwo można dostrzec różnice między górskim krajobrazem, roślinnością i… zwierzyną. W Wetlinie bowiem udało nam się zapoznać z mieszkańcem tamtejszych rejonów – jeleniem. Co prawda tacy z nas specjaliści od zoologii, że nikt sobie głowy nie da uciąć czy był to faktycznie jeleń, czy daniel, czy inny rogacz, ale wszyscy mieli niezłą frajdę nawiązując z nim kontakt.

Trzydniowy pobyt w Wetlinie nie był pełen ambitnych podejść, ani ataków szczytowych, ale przecież nie zawsze o to chodzi, by zdobywać kolejne szczyty. Nieraz miło się zaszyć gdzień w domku w bieszczadzkich lasach, słuchać niepojętej ich ciszy i po prostu nie robić nic. Mimo wszystko pięciogodzinną trasę udało nam się pokonać, a widoki były niesamowite.

Z Połoniny szybko zgoniła nas ogromna chmura, która nie tylko pokrzyżowała nam plany wejścia na Smerek, ale następnego dnia przyniosła równiez opady obfite i zniechęciła do drugiego podejścia w góry. Za to szybko sobie to wynagrodziliśmy, udając się do lokalnej restauracji Chata Wędrowca, gdzie można zjeść niepojętej wielkości naleśniki z owocami, wspaniałe placki po węgiersku, a nawet białą jagnięcinę, o czym przekonał się jeden z uczestników wyprawy. W drodze do Krakowa zaczęło się przejaśniać i nagle żal się zrobiło wyjeżdżać z tej oazy ciszy i spokoju. Ale przecież zawsze można wrócić – gdy ma się dość zgiełku miasta i chce się po prostu posłuchać bieszczadzkiej ciszy…

Reklamy

Beskid Żywiecki w jeden dzień, czyli zdobywamy Pilsko!

W piękną słoneczną niedzielę, zaledwie kilka godzin po krakowskich Juwenaliach wybrała się grupa ludzi do Beskidu Żywieckiego. Spotkali się na pewnej stacji benzynowej, uradzili i pojechali w kierunku Korbielowa. I tu możnaby przejść do wejścia na Pilsko, gdyby nie niechlubny mandat za prędkość, ale cóż byłaby to za przygoda, gdyby się nic nie działo?

I tak po 2 godzinach dotarliśmy do Korbielowa, skąd wyruszyliśmy na podbój Pilska (1557 m npm). Pogoda dopisywała, towarzystwo też, szlak przyjemny, widoki cudne. Wejście na ten drugi pod względem wysokości masyw górski Beskidu Żywieckiego (po Babiej Górze) zajęło nam ok. 3 godzin i bogate było w kilka (niektórzy twierdzą nawet, że kilkanaście) ataków szczytowych.


Gdy w końcu wdrapaliśmy się na szczyt, słońce ustąpiło deszczowi z gradem i piorunami. Z tego też powodu nasz sprytny plan urządzenia sobie picknicku z opalaniem na szczycie legł w gruzach, ustąpiwszy miejsca ekspresowemu zejściu do Hali Miziowej i zakotwiczeniem w tutejszym schronisku, gdzie spędziliśmy kilka następnych godzin susząc ubrania, w oczekiwaniu na polepszenie aury. Stało się to dość niespodziewanie, co postanowiliśmy od razu wykorzystać, by nie schodzić z Pilska po ciemku. Po ponad godzinnej wędrówce byliśmy spowrotem w Korbielowie, skąd wyruszyliśmy w kierunku Krakowa. Z postanowieniem, że następnym razem zdobywamy królową Beskidu Żywieckiego – Babią Górę.

Na Śnieżkę marsz, czyli karkonoska przygoda ze Szklarskiej do Karpacza

A zaczęło się niewinnie – grupka ludzi chętnych na wyjazdy w góry, wymiana kilku maili, spotkanie, a parę dni później już ośmiosobowa ekipa gotowa do wyjazdu w Karkonosze. Trzy dni, dwa samochody, 400km w jedną stronę, 1600m npm i tona mocnych wrażeń – tak w skrócie opisać można weekendowy  wypad w Sudety.

A zaczęło się w schronisku U Rumcajsa w Szklarskiej Porębie w piękny piątkowy wieczór. Tam oto zgromadziło się pięciu Włóczykijów z Krakowa oraz trzech z Jaworzna, by następnego dnia po udanej imprezie integracyjnej uderzyć w najwyższe pasmo górskie Sudetów. Planowane wczesne wyjście na szlak zostało unicestwione przez logistykę związaną z transportem jednego samochodu do Karpacza tak, byśmy po zejściu ze szlaku w niedzielę mogli łatwo dostać się spowrotem do Szklarskiej. Pozornie krótka odległość 30 km między Szklarską a Karpaczem mocno nas zmyliła, stąd na szlak wyruszyliśmy dopiero po godz. 11.

Jednak pogoda była wymarzona – wspaniałe słońce, błękitne niebo bez śladu chmurki i orzeźwiająca bryza! Pierwsze podejście do Hali Szrenickiej okazało się być dla niektórych wyzwaniem, szczególnie, że dla większości z nas wypad ten był rozpoczęciem sezonu. Jednak nie ma takich przeszkód, które w grupie nie da się pokonać i po krótkim odpoczynku znów znaleźliśmy się na szlaku, tym razem w kierunku Śnieżnych Kotłów – tu już w większości granią, więc nie tak stromo. Pogoda dopisywała, towarzystwo też, zdobywanie Karkonoszy było więc bajką. Choć, trzeba przyznać, dość długą bajką, gdyż do naszego celu dnia – schroniska Samotnia – dotarliśmy dopiero około godz. 21, czyli po ponad dziewięciu godzinach marszu.

Szczególnie ciekawy okazał się ostatni odcinek, gdzie wędrując z góry obserwowaliśmy dwa schroniska – Strzechę Akademicką i Samotnię zastanawiając się, które stanie się naszym schronieniem na noc. Wydawało się, że dojście do schroniska trwało wiecznie. Za to widoki jak z bajki, więc każdy krok się opłacał. Chwilami nawet wydawało się, że jesteśmy nie w Sudetach, lecz w Tatrach – wysokie ściany skalne, ogromne kotliny. Droga ze Strzechy do Samotni to ok. 30 min marszu stromą drogą w dół (wtedy jeszcze nie znaliśmy skrótu), ale w niesamowicie malowniczej leśnej scenerii. Gdy wreszcie dotarliśmy do schroniska, każdy marzył tylko o prysznicu i… piwie – co też natychmiast uczyniliśmy. Kolejne godziny upłynęły w błogiej atmosferze rozmów przy Wiśniówce a następnie snu – takiego jaki może być jedynie wynikiem całodziennej wędrówki po górach, czyli mocnego, zdrowego, pełnego, niedźwiedziego…

Niedziela jednak stawiała przed nami kolejne wyzwanie – a mianowicie zdobycie Śnieżki , najwyższego szczytu nie tylko Karkonoszy ale i Sudetów, co po wyczerpującym dniu oraz pobudce o 8 rano nagle nie wydawało się już takie łatwe. Gorąca herbata i coś na ząb szybko jednak dodały sił i 2 godziny później już byliśmy na szlaku w kierunku Śnieżki. A dziwna to była wędrówka – najpierw z Samotni spory kawałek po płytach betonowych przypominających kostkę brukową (swoją drogą ciekawe zjawisko), potem, już bliżej szczytu dość strome podejście po ośnieżonych, śliskich kamieniach. Otuchy nie dodawała pogoda, a szczególnie wiejący z niesamowitą siłą wiatr, a później również padający deszcz. Oj działo się!

Praktycznie przemoknięci, ale niesamowicie z siebie dumni dotarliśmy do schroniska na Śnieżce, by się dowiedzieć, że herbata kosztuje… 8 zł. Była to cena delikatnie mówiąc wygórowana – dziwnym jest fakt, że polskie schroniska górskie coraz mniej przypominają dawne schroniska PTTK nastawione na rozwój tustystyki, a coraz bardziej komercyjne restauracje i hotele. Tu jednak trzeba przyznać, że schronisko Samotnia do nich się nie zalicza – standard jest bardzo dobry, atmosfera miła, swojska i  domowa, jedzenie przyzwoite, podobnie jak i ceny. Nie mówiąc już o magicznym położeniu w samym środku górskiej kotliny. Czyli są jeszcze wyjątki…

Przemoczone ubrania, pogoda za oknem i ceny nie nastrajały do długich posiadówek w schronisku na Śnieżce, toteż po ok. pół godziny byliśmy już w drodze do Karpacza. Miał być ambitny szlak czerwony, przez przeoczenie wyszedł kręty czarny, który szczególnie w niższych partiach też był ciekawy. Około godz. 14 byliśmy już w Karpaczu, skąd udaliśmy się po drugi samochód do Szklarskiej, a następnie w kierunku Krakowa. Tak zakończyła się pierwsza wyprawa, i mam na dzieję nie ostania w Karkonosze. No bo wciąż trzeba zobaczyć Śnieżkę w normalnych warunkach pogodowych! Miejmy nadzieję, że w tym samym doborowym towarzystwie!

Zakopane – cudze chwalicie, o swe nie dbacie?


Odwiedziny, oprowadzanie po starym dobrym Krakowie i w końcu weekend w Zakopanem – no bo jak nie pokazać obcokrajowcowi Tatr – tych pereł wśród polskich gór. No i Zakopanego – zimowej stolicy Polski, która ponoć rok rocznie przyciąga 3 mln turystów. Okazuje się jednak, że w lecie o nocleg w Zakopanem nie jest tak łatwo – bo na jedną noc to nie, bo za krótko, bo może ktoś przyjedzie, kto wynajmie na kilka dni – i inne tego typu tłumaczenia słyszałam od gospodarzy próbując zarezerwować nocleg. Dopiero po sześciu telefonach udało mi się zarezerwować nocleg w dość przyzwoitej cenie, blisko Krupówek.

Po prawie 3-godzinnej jeździe autobusem z Krakowa (korki na Zakopiance) wysiadamy na dworcu w Zakopanem, by od razu udać się do Palenicy Białczańskiej, skąd zaczyna się trasa do Morskiego Oka. Wybór busów duży, kierowcy stoją i ‘naganiają turystów’ – przejazd kosztuje 8 zł za osobę. Trzeba przyznać, że logistycznie jest to dobrze zorganizowane – nie ma praktycznie żadnych przestojów, turyści spragnieni widoku najsłynniejszego jeziora Tatr są obsługiwani na bieżąco. Szkoda tylko, że w busie ścisk taki i ledwo oddychać można – nasz kierowca zdecydował, że wypełni również miejsca stojące – a co tam, zawsze to 50zł więcej!

40 min później wysiadamy, by ustawić się w kolejce do wejścia do Tatrzańskiego Parku Narodowego, skąd można albo iść pieszo 9 km, albo przebyć tę trasę powozem konnym. Wstęp do Parku kosztuje 4,40zł za osobę (cena w sezonie, poza sezonem 3,20zł). I wszystko byłoby ok, gdyby w Parku widać było, że te pieniądze są sensownie inwestowane. Rozpoczynamy 9-kilometrowy spacer w kierunku jeziora i już pierwszy odcinek trasy pokazuje, że nic się tu nie zmieniło od mojej ostatniej wizyty nad Morskim Okiem, a było to dokładnie 10 lat temu. Zaczyna się od nieciekawie wyglądających (i jeszcze gorzej pachnących) toalet a kończy na braku oznakowania na trasie – gdy idziemy już jakiś czas, miło byłoby wiedzieć, ile kilometrów mamy za sobą, ile jeszcze przed nami – szczególnie że jest to chyba najczęściej odwiedzana trasa w Tatrach, którą nie pokonuja wyczynowcy i zapaleńcy górscy, tylko najzwyklejsi turyści! A tych tego dnia co nie miara, wręcz tłumy. Więc zastanawiam się, jak to jest z tą organizacją – jeśli normalny bilet wstępu do Parku kosztuje 4,40zł, zakładając, że tego dnia trasę do Morskiego Oka pokonało 1000 osób (a było ich na pewno sporo więcej!), to prosty rachunek pokazuje, że Park w jeden sierpniowy dzień zarobił 4400 zł, a takich dni w sezonie jest min. 90, co daje prawie 400 000 zł (pomijając fakt, że turyści przyjeżdżają również poza sezonem, a wstęp wtedy też jest płatny). No i tak się zastanawiam, dlaczego ta baza turystyczna jest tak uboga, co władze Parku robią z tymi pieniędzmi i dlaczego nie dbają o to by wspierać turystykę i zostawić pozytywne wrażenie na odwiedzających, by wkrótce wrócili? Swoją drogą, niektórzy turyści też pozostawiają wiele do życzenia – sterty śmieci leżące na drodze parku narodowego nie stanowią miłego widoku!

Po prawie trzech godzinach marszu dochodzimy do Morskiego Oka i widok od razu rekompensuje trud wędrówki. Idziemy daleko od zgiełku przy schronisku, starając się znaleźć spokojne miejsce by nacieszyć się widokiem. W końcu udaje się nam – po 10min dochodzimy do małej zatoczki, skąd świetnie widać i góry i schronisko. Błękit wody jeziora jest nie do opisania. Postanawiamy następnym razem bardziej się przyłożyć, by zobaczyć go znad Czarnego Stawu. Droga powrotna jest o wiele łatwiejsza i pokonujemy ją dużo szybciej.

Wieczorem kolacja w jednej z tradycyjnych restauracji na Krupówkach przy dźwiękach góralskiej muzyki. Obserwujemy tłumy ludzi przemierzających tę nasłynniejszą ulicę miasta – obok języka polskiego słyszymy angielski, niemiecki, włoski, hiszpański, rosyjski – Zakopane jest zdecydowanie górskim celem nr 1 zagranicznych turystów. Zresztą polskich też. Następnego dnia pogoda pogarsza się. Udajemy się kolejką na Gubałówkę, ale chmury gęsto pokrywają szczyty gór, nie wiele widać. Resztę dnia spędzamy na spacerowaniu w poszukiwaniu lokalnych pamiątek i smakołyków. Do wyboru do koloru, nie wiadomo na co się zdecydować – dziesiątki rodzajów oscypków, kożuchy, wełniane czapki, wymyślne ozdoby i dekoracje. I baca, który już nie jest bacą a odpowiada na zapotrzebowanie tłumów turystów w postaci sprzedawcy, animatora ulicznego czy kelnera. I dobrze, jeśli ma coś z tego. Mam tylko dziwne wrażenie, że wszystko to zrobiło się bardzo komercyjne, nastawione na (wy)zysk a jednak wciąż nam daleko do innych turystycznych atrakcji na świecie. Bo jak długo jeszcze tatrzańskie krajobrazy będą rekompensować nieduolność władz i brak bazy turystycznej na jaką zasługuje takie miejsce jak Zakopane?