Piasek, wiatr i… słońce

Ostatnie dwa dni pobytu na Teneryfie są plażowe i trochę leniwe – a co tam, w końcu to urlop! Udaje mi się przekonać Yurenę, że mój organizm pilnie potrzebuje witaminy D i wyprawa na plażę jest niezbędna.

Plaże południowe (Los Christianos, Las Galletas czy Las Americas) okażą się zapewne bardziej przekonywujące dla turysty nastawionego na plażowanie, niż plaże północne. W czasie całego pobytu odwiedziłyśmy trzy plaże na północy – Las Teresitas, Las Caletillas i Candelarię – i każda z nich była nieco inna. Generalnie na plażach Północy dominuje ciemny piasek wulkaniczny – od szarego, wyblakłego, po prawie czarny. Południe i wybrane plaże północy wyspy wyściełane są żółtym piaskiem, który dla celów czysto turystycznych transportowany jest prosto z Sahary.

Natura również dba o to, by na Teneryfie nie brakowało piasku Sahary. Nie, nie skutkuje to jednak polepszeniem jakości plaż Wyspy, a raczej spadkiem widoczności i osadzaniem się pyłu na budynkach i ulicach. Winne jest zjawisko kalimy czyli mieszanki pyłu i piasku transportowanego na Wyspy Kanaryjskie z wiatrem podczas burz piaskowych na Saharze. Za sprawą kalimy ma się często wrażenie, że jest mgliście i deszczowo, podczas gdy tak naprawdę świeci słońce i pogoda jest wyśmienita.

Plażowy akcent kończy mój pobyt na Teneryfie. Za niecałe 3 godziny wylot z lotniska Tenerife Sur, wprost do zimnej, deszczowej Irlandii. Sama myśl jest jak wiadro zimnej wody na głowę!

Igrając z wulkanem – El Teide

Całodniowa wycieczka na El Teide – uśpiony wulkan Teneryfy, a jednocześnie najwyższy szczyt Hiszpanii jest highlightem niedzieli. Wyprawę organizują z myślą o nas, a właściwie o mnie, rodzice Yureny, twierdząc uparcie, iż nie mogę powiedzieć, że zwiedziłam Teneryfę bez wycieczki na El Teide.

Wyruszamy więc dość wcześnie, by majestycznego Teide, którego ostatni wybuch miał miejsce w 1909 roku, zobaczyć w pełnej okazałości. Po kilkugodzinnej jeździe zatrzymujemy się na dłuższy postój i zwiedzanie Parku Narodowego El Teide (Parque Nacional del Teide). Stamtąd mieliśmy wziąć kolej linową Teleférico del Teide by dotrzeć do wyższych partii wulkanu, niestety w związku z niedawnymi powodziami oraz zniszczeniami, jakie one wywołały, okazuje się to niemożliwe.

Nie czuję się jednak pokrzywdzona, gdyż widoki po drodze oraz w samym parku mogą wynagrodzić wszystko. Krajobraz jest rzeczywiście imponujący. Droga w górę wiedzie przez rozległy las sosnowy, a czym wyżej, tym robi się bardziej pustynnie i kamieniście z przeróżnymi formacjami skalnymi oraz ciekawą roślinnością, jak np. znaną mi do tej pory jedynie z reklam herbatek ziołowych echinaceą.

W drodze powrotnej obieramy zupełnie inną trasę, by zasmakować kanaryjskich smakołyków w lokalnej restauracji. Tu, nauczona już wczorajszym doświadczeniem (lokalna wiedza, wow!), kosztuję wszystkiego z niesamowitym  umiarem, by być w stanie w ogóle dojść do dania głównego. Ostrożność się opłaca, gdyż ryba w cebuli i warzywach smakuje wyśmienicie. Wycieczka kończy się postojem w małej nadmorskiej miejscowości, w której to przed 40 laty rodzice Yureny spędzili swój miesiąc miodowy.

Stolica i uczta kanaryjska

Dzisiaj jest turystycznie i rodzinnie. Ranek upływa pod znakiem zwiedzania SANTA CRUZ, które jest stolicą Teneryfy. Miasto jest przyjemne, ale nie posiada wielu zabytków. Jest za to siedzibą kanaryjskiego parlamentu, części organizacji rządowych Wysp Kanarysjkich (reszta znajduje się na Gran Canarii) oraz wielu firm usługowych – takie centrum gospodarcze i polityczne Teneryfy.

Z bardziej znanych atrakcji Santa Cruz można wymienić Auditorio de Tenerife – salę koncertową przypominająca wyglądem słynną Operę w Sydnej, Plaza de España oraz świetnie utrzymany park miejski, pełen różnych odmian kwiatów, palm i bambusów. Z ciekawostek – park ten jest 100% eco-friendly – sprzątanie odbywa się metodami w pełni naturalnymi – liśćmi palmowymi i siłą ludzkich rąk. Interesujący widok!

Druga część dnia jest rodzinna i biesiadna. Poznaję wójków i ciotki, kuzynki i narzeczonych kuzynek a także znajomych rodziny. Jest głośno i wesoło. Mnóstwo historii, piosenek i… jedzenia. Uczta iście królewska, o czym nikt mnie nie informuje na początku obiadu. W wyniku tego, zajadam się smakołykami, które są serwowane jeden po drugim – sałatki, kałamarnice, pieczywo. Trwa to jakąś godzinę i jest uwieńczone obfitym daniem głównym, na które już nie mam miejsca. Walczę ze sobą by nie urazić gospodarzy, jednak szybko się poddaję – nie dam rady zjeść więcej. Wywołuje to śmiech zebranych gości, którzy nie omieszkują skomentować mojej nieznajomości obyczajów oraz gościnności kanaryjskiej. Teraz w pełni rozumiem znaczenie piątego przykazania głównego. Łakomstwo nie popłaca. Szczególnie na Teneryfie!

Na północ czas…

Po drugim dniu pobytu na wyspie wiecznej wiosny, jak nazywa się Teneryfę, dochodzę do jednej konkluzji – nie ma jak mieć lokalnych za przewodników!

Dzień był bardzo intensywny ale udaje mi się zobaczyć prawdopodobnie więcej niż przeciętni odwiedzający wyspę zwiedzają w tydzień. Dziś przemierzamy północ Teneryfy, która generalnie uchodzi za chłodniejszą ale i zieleńszą oraz bogatszą w atrakcje, niż pustynne, rezortowe południe. Zaczynamy od EL SAUZAL – ślicznego miejsca z niesamowitymi widokami na ocean, drzewami owocowymi, niezliczoną ilością schodów i tarasów widokowych. Następnie udajemy się  do OROTAVY, która jak na małe miasteczko, przyciąga wielu turystów, głównie za sprawą kościoła San Augustin, majestatycznego budynku Towarzystwa Kulturalnego Liceo de Taoro, ogrodów Marquesado de la Quinta Roja, ratuszu i Casa de los Balcones.

Kolejnym celem jest GARACHICO, gdzie oprócz spaceru popularną promenadą kąpiemy się zarówno w słońcu Teneryfy jak i w wodach Oceanu Atlantyckiego. Skalno-kamieniste wybrzeże może nie nadaje się na plażowanie z prawdziwego zdarzenia ale jest idealne na odświeżającą kąpiel stóp, które po całym dniu spacerów dają o sobie znać. Z Garachico jedziemy stromymi drogami pełnymi zakrętów i tuneli na zachodni kraniec wyspy, by podziwiać cel naszej wyprawy czyli kanaryjskie klify LOS GIGANTES. W sumie jedynie piękna słoneczna pogoda odróżnia ten widok od słynnych irlandzkich Cliffs of Moher, które, gdy ostatnio je widziałam, spowite były gęstą mgłą. No i fakt, że te kanaryjskie są znacznie wyższe – mają ok. 600 m podczas gdy cód zachodniej Irlandii jedynie 200.

Droga powrotna mija na śpiewaniu (bynajmniej nie piosenek turystycznych) oraz nauce hiszpańskich słówek i kanaryjskiego akcentu, co po pełnym wrażeń dniu przynosi znikome efekty, ale dostarcza wielu okazji do śmiechu.

Mimo zmęczenia, wyruszamy wieczorem na podbój LA LAGUNY. Herbaciarnie o niesamowitym wystroju i klimacie oraz mnóstwo zabytków, szczególnie religijnych – z tym będzie mi się kojarzyć to miasto.

Witaj Teneryfo!

Więc oto zaczyna się moja przygoda z Wyspami Kanaryjskimi. Dziś rano na Teneryfie wita mnie piękna słoneczna pogoda, która jest miłym zaskoczeniem po irlandzkich śniegach, deszczach i mrozach.

Przylatuję o 11, więc pozostaje mnóstwo czasu na zwiedzanie, gdyż nie wiedzieć dlaczego, byłam święcie przekonana, że na Teneryfie obowiązuje czas GMT+1, podczas gdy na miejscu okazuje się że czasem lokalnym jest Greenwich. No tak, trzeba było sprawdzić. I normalnie bym to pewnie zrobiła, tylko że tym razem wszystko było ‘nienormalne’. A zaczęło się od tego, że sam wyjazd był z tak zwanych ‘last minute’, leciałam drogą okrężną (z Cork do Dublina, z Dublina do Hamburga i następnego dnia z Hamburga na Teneryfę), no i najważniejsze – jako że mieszkam i spędzam każdą chwilę z tubylcami – wyjazd ten ma dla mnie wymiar bardziej kulturowy, niż turystyczny.

Po blisko pięciogodzinnym locie drogimi, choć zdecydowanie godnymi polecenia liniami TUI, pysznych naleśnikach pokładowych na śniadanie oraz regularnych pogawędkach z pewnym miłym dziadkiem z Hamburga, który nawyraźniej powziął sobie za cel znalezienie w samolocie towarzyszki swojego pobytu na Teneryfie, ląduję na lotnisku Tenerife Sur, skąd zostaję odebrana i przetransportowana prosto na gorące plaże Los Cristianos, które są tzw. wizytówką południa wyspy. To tutaj znajdują się najpopularniejsze rezorty turystyczne wyspy, w których to czasem ciężko uraczyć tubylców, gdyż ta część Teneryfy zdominowana jest przez turystów – głównie niemieckich, co jednak nie znaczy, że innych naradowości brak – po drodze natknęłyśmy się nawet na rozentuzjazmowaną grupkę polskich surferów…

Z rezortowego południa udajemy się do La Laguny, małego, historycznego miasteczka na północy wyspy, skąd pochodzi Yurena – moja przewodniczka i gospodyni. Tuż po przyjeździe mam przyjemność poznać jej rodziców oraz spróbować po raz pierwszy specjałów kanaryjskich. No i czas na odpoczynek, gdyż Yurena, bardzo wzięła sobie do serca misję pokazania mi wszystkich uroków wyspy w tym krótkim czasie, więc jutro czeka mnie bardzo długi dzień…