Wyspy Egadzkie – dziewicza przyroda Sycylii na wyciągnięcie ręki

Wyspy Egadzkie są chyba jedną z bardziej fascynujących atrakcji zachodniej części Sycylii. Są one morskim rezerwatem przyrody oddalonym ok. 20km km od miasta Trapani. Cały archipelag stanowił niegdyś część Sycylii, ale w wyniku oderwania terenu powstały trzy większe wyspy: Favignana, Levanzo i Marettimo oraz dwie mniejsze: Formica i Maraone. Z turystycznego punktu widzenia najbardziej popularne są pierwsze trzy, które łączy błoga dziewiczość krajobrazu i stosunkowo małe rozmiary w porównaniu choćby z Sycylią, do której oficjalnie należą.

Najpopularniejszym celem turystycznym Egad jest Favignana, będąca największą wyspą archipelagu, choć obejmuje jedynie powierzchnię 20km2. Wszystkie z wymienionych wysp słyną z rybołóstwa, a Favignana szczególnie z połowów tuńczyka – to, obok turystyki, jedno z głównych źródeł utrzymania mieszkańców. Na Favignanę można się dostać z portu w Trapani wodolotem w 25 minut lub nieco dłużej – promem. Przejazd wodolotem w obie strony to koszt ok. 16 euro, który jednak szybko rekompensują niezapomniane atrakcje wyspy.

Zwiedzać można spacerując, lub udając się na przejażdżkę wypożyczonym rowerem, będącym ulubionym środkiem transportu favignańskich turystów. Koszt wypożyczenia to 4 euro, za które cały dzień możemy odkrywać cuda naturalne Favignany. A jest co, gdyż zarówno skaliste wybrzeża wyspy, magiczne zatoczki, jak i bogactwo jej wnętrza zachwyci każdego. Największa wyspa Egad słynie również z kamieniołomów będących pozostałościami po wydobyciu tufu wulkanicznego w postaci ogromnych bloków. Tuf jest miękką skałą osadową wykorzystywaną przez miejscowych do budowy domów – wycieczka rowerowa po wyspie odsłoni wiele takich miejsc.

Po rowerowej przygodzie można zatrzymać się w miasteczku na obiad, popołudniową kawę czy ciastko w bardzo miłej, lokalnej atmosferze – idalne uzupełnienie intensywnego i pełnego wrażeń dnia na Favignanie.

Levanzo jest najmniejszą z trzech głównych wysp archipelagu Egadów – ma zaledwie niecałe 6km2 i charakteryzuje się bardziej górzystym ukształtowaniem terenu, niż raczej płaska Favignana – za to nie mniej zachwyca swego rodzaju dzikością krajobrazu, który tworzą między innymi urwiste wybrzeża skalne. Podobnie można opisać Marettimo, która jest drugą pod względem wielkości po Favignanie, ale z kolei najbardziej oddaloną od wybrzeża Sycylii wyspą. Jej cechą szczególną są charakterystyczne niebieskie okiennice ozdabiające domy.

Trapani – cypel na zachodnim krańcu Sycylii

Trapani jest miastem i jedną z dziewięciu prowincji Sycylii położoną na zachodnim wybrzeżu wyspy. Pewnie, gdyby nie Ryanair i inwestycje wyspy w rozwój turystyki, większość turystów nigdy nie odwiedziłaby tego cypla, a tak cieszy się on sporą popularnością w ostatnim czasie. Odwiedzający odkrywają coraz to nowe atrakcje Sycylii, która do niedawna była doceniana bardziej z uwagi na walory swojej południowej i wschodniej części jak Syrakuzy, Taormina czy Etna. A okazuje się, że wycieczka po części zachodnio-północnej może być również ciekawa.

Gospodarka Trapani od zawsze związana była z morzem, czego oznaki można dostrzec dosłownie wszędzie. Rybołóstwo wciąż stanowi główny przemysł w okolicy. Miasto posiada również spory port, z którego odpływają statki i promy na okoliczne wyspy, choćby Sardynię. Warto przejść się wąskimi uliczkami miasta, gdzie wydawałoby się, może się zmieścić każdy samochód, na co mieszkańcy Trapani dostarczają codziennie licznych dowodów.

Większość zabytków miasta pochodzi z okresu Baroku; wśród nich na szczególną uwagę zasługują kościoły. Za to plaża w Tapani do najtrakcyjniejszych nie należy, szczególnie z uwagi na jej zabrudzenie i wszechobecne śmieci. Trapańczycy zdaje się jeszcze nie dostrzegli potencjału turystycznego wybrzeża. Za to wystarczy wybrać się nieco dalej od miasta, by do plaż regionu znów się przekonać.

Bliskie okoliceTrapani stanowią również atrakcję turystyczną. Erice jest historycznym miasteczkiem na szczycie góry Erice położonym 750 m npm. Roztacza się z niego imponujący widok na Trapani oraz wybrzeże. Miasto posiada dwa zamki: Pepoli i Venere. Ten ostatni położony jest na stromym zboczu, pozostałości po konstrukcjach obronnych zainteresują niejednego historyka. Do Erice najlepiej dostać się kolejką linową, która za 7 euro (tyle kosztuje bilet na górę i spowrotem) zapewnia nie tylko dość szybki transport, ale również niesamowite widoki. Można też skusić się na wyprawę do Erice rowerem, samochodem czy autobusem.

Koniecznie należy przejść się wąskimi uliczkami miasteczka pełnymi charakterystycznego kamienia, balkonów i pnączy winnych, by poczuć jego secyficzny średniowieczny klimat. Wrażenie może nieco zaburzyć pogoda, która znacznie różni się od tej w Trapani – w Erice z racji wysokości jest zwykle sporo chłodniej oraz wietrznie. Z ciekawostek warto wiedzieć, że w Erice znajduje się Centrum Nauki i Kultury, a miasto szczyci się szerokimi powiązaniami ze światem naukowym oraz badaniami.

Kartacze i soczewiaki, czyli mleko i miód Suwalszczyzny

Ulokowana na pograniczu kultur, języków i smaków Suwalszczyzna jest rajem dla miłośników wszystkiego, co mieszane, inne, niby znane, a nietypowe. Poza zwiedzaniem okolic Suwałk, chodzeniem po zamarzniętej Hańczy – najgłębszym jeziorze Polski, spacerami po Puszczy Augustowskiej, przejażdżką bryczką z lokalnej stadniny koni i wizytą w kresowym miasteczku Sejny, mieliśmy okazję posmakować prawdziwych atrakcji północno-wschodniej Polski, czyli lokalnych dań kuchni podlaskiej.

Nie wiem, co takiego niezwykłego jest w kuchni Suwalszczyzny, pewnie właśnie wpływy tak wielu okolicznych kultur i niesamowita atmosfera miejsca, ale dania, jakie miałam okazję próbować smakowały niesamowicie i myślę, że kilka dni pobytu więcej i jakaś konkretna dieta byłaby wskazana. Trzeba zaznaczyć, że nie jest to kuchnia dla każdego – jest dość ciężka i tłusta, ale jednocześnie pełna niezapomnianych aromatów, oryginalnych połączeń składników i smaków. Palce lizać!

Potrawy regionalne Suwalszczyzny często w całości pochodzą z Litwy lub Rosji, albo czerpią inspiracje z kuchni tych właśnie krajów. Moje serce podbiły dwa regionalne smakołyki – kartacze i soczewiaki i mimo kiepskich umiejętności kulinarnych, zamierzam je kiedyś własnoręcznie przygotować, choć smak, którym miałam okazję się delektować jest połączony z klimatem regionu i zapewne tylko tu osiągalny.

Na początek absolutny hit kulinarny – kartacze, które są sporej wielkości kulkami z ciasta ziemniaczanego wypełnionymi pysznym nadzieniem z mięsa mielonego. Jako umiarkowana zwolenniczka mięsa, mogę spokojnie okrzyknąć kartacze moją ulubioną potrawą regionu, więc to chyba najlepszy dowód, że będąc na Suwalszczyźnie, po prostu trzeba ich spróbować. Choć okazuje się to niełatwe, gdyż mimo popularności potrawy w tych rejonach, nie każda restauracja serwuje je na codzień. Trochę natrudziliśmy się, by znaleźć dobry lokal, ale wysiłek zdecydowanie się opłacił.

Soczewiaki okrzyknę z kolei najlepszym daniem regionu z serii „wegetariańskie”. To również typowa potrawa pogranicza litewsko-polskiego przypominająca bułki wysmażane lub wypiekane z nadzieniem z soczewicy, cebuli i boczku (OK, z tym wegetarianizmem trochę przesadziłam). Połączenie na pozór dziwne smakuje cudownie i jest bardzo sycące. Zdecydowanie polecam!

Mniej przypadła mi do gustu kiszka ziemniaczana, ale przypuszczam, że jest to danie, które albo się ogólnie lubi albo nie. Składa się ono z farszu ziemniaczanego opakowanego w formie kiełbasy lub kaszanki w jelito wieprzowe i jest zwykle smażona lub zapiekana. Osobiście uważam, że ciekawszą alternatywą ziemniaczaną jest babka ziemniaczana, która jest smakowitym ciastem pieczonym z ziemniaków, cebuli, kaszy, często również mięsa. Bliny to z kolei danie o korzeniach rosyjskich, które wyglądem przypomina nieco naleśniki, a podawane jest często z rybnymi dodatkami jak wędzony łosoś, czy śledzie. Wśród deserów na Suwalszczyźnie króluje sękacz – ciasto z charakterystycznymi kolcami (lub sękami, jak kto woli) oraz mrowisko – coś na kształt faworków. Poza tym, dzięki licznym jeziorom w okolicy, nie można nie wspomnieć o popularnych w tym regionie rybach, które serwowane są na różne sposoby – wędzone, zapiekane, grilowane i smakują wyśmienicie. Po tak obfitej uczcie można spróbować popularnego w regionie kwasu chlebowego, który jest narodowym napojem w Rosji i na Ukrainie.

Wigierski Park Narodowy – kraina lasów, jezior i… bobra

Jedna podróż zwykle prowadzi do drugiej – a to z racji zaczerpniętych inspiracji, zainteresowania danym regionem lub kulturą, czy poznania nowych ludzi. Dzięki tym ostatnim (a konkretnie jednej osobie, z którą miałam przyjemność podróżować po Hiszpanii i Portugalii) udało mi się ostatnio odwiedzić Suwalszczyznę w iście zimowym klimacie.

Bajeczna sceneria, nocleg w chatce pośrodku lasu, niewyobrażalna cisza i natura w najczystszej postaci, gdzie okiem nie sięgnąć – tak w skrócie można opisać moje wrażenia. Oczywiście tylko odnośnie miejsca, bo jest wiele innych rzeczy, które mnie urzekły w krainie jezior i lasów. Jako że moja gospodyni jest przewodnikiem w Wigierskim Parku Narodowym, nie sposób o nim szerzej nie wspomnieć!

Wigierski Park Narodowy zajmuje blisko 15 tys. ha i spośród innych parków narodowych wyróżnia się bogactwem jezior i rzek. Położony jest na północnym skraju Puszczy Augustowskiej, największego zwartego kompleksu leśnego na niżu Europy, który wraz z lasami na terytorium Litwy i Białorusi pokrywa obszar około 300 tysięcy hektarów. Zdecydowaną większość powierzchni parku zajmują lasy. Wód też nie brakuje – w centrum Parku znajduje się jezioro Wigry z przepływającą przez nie rzeką Czarna Hańcza. Wśród 40 jezior Parku,  Jezioro Wigry jest  najgłębszym i największym okazem.

Jeśli się już wspomniało o typowych dla Wigierskiego Parku Narodowego jeziorach i lasach, nie sposób pominąć ich stałego mieszkańca, a zarazem symbol Parku – bobra, którego miałam okazję widzieć po raz pierwszy w życiu – niestety w postaci martwej, gdyż podczas spaceru po lesie natknęliśmy się na zwłoki tego gryzonia. Jest on roślinożercą z ciekawymi nawykami żywieniowymi – latem zajada się roślinami zielnymi, jesienią natomiast zaczyna intensywnie ciąć drzewa i krzewy liściaste i gromadzić pod wodą jako zapasy na zimę. Ścięte pnie drzew i stożkowato zakończone pniaki – to najłatwiej zauważalne ślady obecności bobrów.

Nie ma się więc co dziwić, że nawet prezydent RP ma dom w tej sielskiej okolicy! Region, oprócz atrakcji krajobrazowych ma wiele innych – stadniny koni, ścieżki rowerowe, trasy do wędrówek pieszych, kilka ciekawych zabytków, z których moim ulubionym jest chyba zespół klasztorny położny malowniczo nad jeziorem Wigry, który został zbudowany przez Kamedułów pod koniec XVII wieku.

Na Suwalszczyznę muszę koniecznie wrócić, gdyż z racji zimowej pory, udało mi się poznać tylko kilka jej atrakcji. A jest ich wiele – poniżej lista 10 rzeczy, które według przewodnika parkowego, w Wigierskim Parku Narodowym koniecznie trzeba zrobić – mam nadzieję, że tego lata uda mi się „odhaczyć” wszystkie pozycje na liście!

  1. Przejechać rowerem trasę dookoła jeziora Wigry,
  2. Przejść się ścieżkami edukacyjnymi Las, Suchary, Jeziora,
  3. Spłynąć kajakiem rzeką Czarną Hańczą,
  4. Odwiedzić Muzeum Wigier w Starym Folwarku,
  5. Wejść na wieżę widokową w Kruszniku,
  6. Zwiedzić pokamedulski zespół klasztorny w Wigrach,
  7. Przepłynąć statkiem po jeziorze Wigry,
  8. Przejechać się kolejką wąskotorową,
  9. Złowić taaaką rybę,
  10. Spróbować potraw regionalnych.

Egipt – na co uważać?

Egipt jest jedną z najpopularniejszych destynacji urlopowych Polaków i nie bez przyczyny – gwarantowana pogoda niemal cały rok, niebiańskie plaże i stosunkowo niskie ceny. Jednak każda moneta ma dwie strony – dziś właśnie o tych mniej przyjemnych rzeczach w Egipcie, o których warto wiedzieć przed wyjazdem, by się (choćby mentalnie) przygotować.

Nachalność miejscowych

Nachalności miejscowych można doświadczyć praktycznie w każdej popularnej turystycznie miejscowości, więc teoretycznie nie powinno mnie to dziwić. Ale przyznam, że sposób podejścia lokalnych do turystów w Egipcie, ich próby wyłudzenia pieniędzy pod każdym możliwym pretekstem mogą mocno uprzykrzyć pobyt.

W Egipcie jest rzeczą normalną, że obsługa hotelowa oczekuje słonego napiwku za każdą najmniejszą usługę czy informację, a w miejscach turystycznych i skupiskach zabytków tylko czają się lokalni „specjaliści”, którzy za symboliczną kwotę wskażą rzeczy godne uwagi czy zrobią nam  zdjęcie naszym aparatem. I nie byłoby w tym nic dziwnego, bo to specyfika miejsc turystycznych, szczególnie w biedniejszych krajach, ale w Egipcie można się poczuć wręcz osaczonym przez natrętów, a wszelkie oznaki asertywności wydają się bezskuteczne.

Wywóz rafy koralowej

Jedna z najciekawszych atrakcji Egiptu, która przyciąga tysiące amatorów podwodnych przygód może tych samych wpakować do więzienia, jeśli nie przestrzegają oni lokalnych przepisów. W Egipcie panuje bowiem zakaz wywożenia muszli i innych cudów rafy koralowej, a próba przemytu cennych pamiątek może zakończyć się zatrzymaniem i zapłatą kary w wysokości kilku tysięcy dolarów.

Lokalna waluta

Lokalną walutą w Egipcie jest funt egipski, akceptowane są również dolary amerykańskie i euro, trzeba jednak pamiętać, że lokalni lubią stosować dość umowny przelicznik tych walut, więc lepiej przed wyjazdem zakupić nieco funtów egipskich. Funt egipski dzieli się na 100 piastrów, które mogą również występować w postaci banknotów. Stąd należy zwracać uwagę, co jest nam wydawane, by się nie okazało, że resztą jaką otrzymaliśmy z 200 funtów egipskich (blisko 100zł) jest 50 piastrów (0,25zł) zamiast 50 funtów (25zł)!

Zemsta Faraona

Najczęstsza choroba europejskich turystów w Egipcie objawia się nudnościami, bólem brzucha i biegunką, a spowodowana jest zmianą flory bakteryjnej. Sposobów zapobiegania jest wiele, przede wszystkim niejedzenie surowych owoców i warzyw (z założenia były myte pod bieżącą wodą), niepicie nieprzegotowanej wody i napojów z lodem. Do tego dochodzi profilaktyka ulubiona przez polskich turystów, jak wypicie kieliszka wódki po posiłku, której jednak nikt dotychczas nie zdołał udowodnić zbawiennych efektów. Prawda jest taka, że można bardzo uważać, a dolegliwości i tak się pojawią, gdyż podczas pobytu, nie jesteśmy w stanie kontrolować jakości wszystkiego, co spożywamy. Wtedy należy niezwłocznie zakupić w aptece któryś z lokalnych specyfików (np. Antinal), który faktycznie działa (wypróbowane osobiście :)). Polskie leki typu Smecta czy Stoperan okazują się bezskuteczne na egipskie dolegliwości.

Śmieci

Wyjazd poza obiekt hotelowy może okazać się nie lada szokiem, gdyż w niektórych rejonach góry śmieci mogą dosłownie przesłonić nam widok. Niestety w Egipcie ochrona środowiska jest wciąż obco brzmiącą frazą, co objawia się w postaci śmieci leżących dosłownie wszędzie – w miastach, na pustyni, przy drodze. Często skutkuje to również niemiłym zapachem, dlatego jeśli jesteśmy szczególnie wrażliwi na tego typu uniedogodnienia, lepiej pozostać w hotelu, gdzie obsługa dba o czystość obiektu i pobliskich plaż.

Krótkie dni

Co mnie w Egipcie bardzo zaskoczyło, to bardzo krótkie dni w okresie jesienno-zimowym, niemal porównywalne z polskimi o tej porze roku. Podczas gdy listopadowego dnia o godz. 16:00 jeszcze się opalamy na plaży, godzinę później jest już prawie ciemno. OK, można było się domyślić – w końcu Egipt jest bardziej wysunięty na południe, ale jakoś o tym nie myślałam przed wyjazdem, i jakie było moje zdziwienie, gdy po przylocie w godzinach późno popołudniowych zamiast mocno jarzącego słońca, zobaczyłam mały punkt skrywające się za horyzont…

Zwiedzanie Luksoru, czyli dlaczego wolę planować wszelkie wycieczki sama

Na planowanie wyjazdu do Egiptu nie poświęciliśmy dużo czasu – był to prawdziwy wyjazd typu last-minute – taką nazwę miał w terminologii biura podróży, w trybie last-minute również przygotowywaliśmy się do niego. Padło hasło Kair, który przecież trzeba zobaczyć będąc w Egipcie, ale szybko stało się jasne, że nie tym razem – z całkiem prozaicznego powodu – sporej odległości od miejsca naszego pobytu. O ile Hurghada oddalona jest od do Kairu o 450km, tak Marsa Alam od miasta faraonów dzieli kolejne 300km.

Ta opcja nie wchodziła w grę podczas tak krótkiego wyjazdu, stanęło więc na zachwalanym przez wszystkich Luksorze. I faktycznie, samo miejsce nas nie zawiodło, bo Luksor jest niesamowitym miastem – wybuchową mieszanką historii i religii. Niestety nie dane było mi poznać jego piękna w sposób jaki bym chciała, gdyż program wycieczki był bardzo napięty i na największe atrakcje mieliśmy jedynie ułamek czasu, jakiego są one w rzeczywistości warte. I niby nie powinnam narzekać, bo sama zdecydowałam się na wycieczkę zorganizowaną, ale jak wiadomo, każdy wyjazd można zorganizować lepiej i gorzej. Ja miałam (nie)szczęście uczestniczyć w tym drugim.

Jako że nasz hotel był najbardziej oddalony ze wszystkich, musieliśmy wyruszyć najwcześniej, co wiązało się z pobudką o 2:30 nad ranem, by już o 3 zasiąść w autobusie. Po zebraniu wszystkich uczestników wycieczki (a trwało to ponad 2 godziny!) ruszyliśmy w końcu w trasę. Wycieczka zapowiadała się nerwowo, bo niektórzy z nas zaczęli odczuwać pierwsze objawy słynnej zemsty faraona, w postaci skurczów żołądka, nie wspominając o innych, mniej atrakcyjnych dolegliwościach. Kryzys został jednak zażegnany sporą dawką lokalnego specyfiku przeciwbiegunkowego.

Po pierwszym postoju koło 7 rano, zjedzeniu suchych bułek (zaserwowany przez hotel ser żółty nie nadawał się bynajmniej do zjedzenia) ruszyliśmy przez pustynię do naszego celu. Droga na początku była dość monotonna aż do miasteczka Edfo, które ukazało nieco codziennego życia Egipcjan – z dala od kurortów turystycznych i okazałych hoteli. Były charakterystyczne egipskie domy wyglądające jak nieukończone , byli ich mieszkańcy zebrani na skrzyżowaniach dróg ucinający sobie pogawędki, były małe dzieci zaprzągane do pracy polowej oraz piękna zieleń Doliny Nilu, która nas mile zaskoczyła po suchej, ciągnącej się bez końca, pozbawionej szaty roślinnej pustyni.

Na początek zawitaliśmy do Świątyni Karnak położonej na wschodnim brzegu Nilu. Ze swoimi imponującymi kolumnadami, obeliskami, salą hypostylową, hieroglifami, aleją sfinksów i posągiem Ramzesa II, świątynia ta jest bez wątpienia najciekawszą atrakcją okolic Luksoru. Wszyscy podziwiali to cudo w zdumieniu i totalnej fascynacji, gdyż faktycznie jest na co patrzeć. Niestety na zwiedzanie mieliśmy jedynie 40 min, co było pierwszym źródłem frustracji wielu uczestników. Czas nam pozostawiony pozwalał jedynie na zwiedzenie świątyni „w biegu”, bez poświęcenia większej uwagi poszczególnym elementom świątyni.


Druga atrakcja (a dokładnie dwie) już wzywały. Mowa o Kolosach Mnemona – dwóch 800-tonowych posągach kwarcytowych upamiętniających czasy świetności faraona Amenhotepa III.

Stąd skierowaliśmy się ku jednej z największych atrakcji Egiptu – Doliny Królów, w której to wiadomość o zakazie robienia zdjęć, a nawet wnoszenia aparatów i kamer zdziwiła i zasmuciła wiele osób. I faktycznie, okazuje się, że próby przemytu aparatu kończą się odebraniem sprzętu, który za opłatą można „wykupić” z niewoli. Zresztą jak wszystko inne, bo mam wrażenie, że w Luksorze za odpowiednią opłatą można wszystko kupić! Począwszy od zdjęcia zrobionego naszym własnym aparatem (!), po brudne tekturki służące jako wachlarze rozdawane przez miejscowych przed wejściem do grobowców, skończywszy na dwuminutowej wycieczce krajoznawczej po wnętrzu grobowca, w której dowiadujemy się, że oto przed sobą widzimy hieroglif królowej, a tam kobry… Tu za wszystko się płaci, a Egipcjanie są absulutnymi ekspertami w egzekwowaniu tej płatności. Potrzeba niesamowitej asertywności, a na początek wiedzy o podejściu miejscowych, by uchronić się od płacenia haraczu za każdy niemal, nawet niepożądany przez nas, gest miejscowych.

Nasz bilet uprawniał do zwiedzania trzech grobowców, a czas, jak w przypadku innych atrakcji, był mierzony bardzo skrupulatnie, więc trzebabyło się spieszyć. Kompleksy grobowe składają się z licznych sal i korytarzy, niektóre z nich urywają się w połowie, pozostawiając element niedosytu, niektóre mają ciekawą konstrukcję, prowadząc najpierw 40m pod górę, po to, by następnie skierować stromo w dół. Niestety większość grobowców Doliny Królów była przez wieki grabiona i obecnie jedynie jeden z nich – grób Tutanchamona – uchodzi za nieplądrowany. Sama Dolina to właściwie dwie doliny położone koło siebie, przez co ma swoisty mikroklimat charakteryzujący się niezwykle wysokimi temperaturami nawet w późnych godzinach popołudniowych.

Następnym punktem wycieczki była Świątynia Hatszepsut zbudowana u stóp ogromnej ściany skalnej, częściowo w niej również wykuta. Trzypoziomowa budowla powstała jako świątynia grobowa niepokornej władczyni Egiptu – królowej Hatszepsut, która po śmierci swego męża sama ogłosiła się faraonem.

Pozostałe dwie atrakcje wycieczki okazały się być natury czysto komercyjnej. Mimo mocnego napięcia programu oraz braku czasu, było nam dane zawitać do fabryk papirusu i alabastru, gdzie próbowano nam sprzedać zwoje „jedynego prawdziwego papirusu w Egipcie” oraz artefakty z „najlepszej jakości alabastru na świecie” za horrendalne sumy pieniędzy. Fakt, papirusowe obrazki i alabastrowe figurki niczego sobie, mogłyby stanowić ładną pamiątkę z wyjazdu, ale ceny, a przede wszystkim nahalny sposób ich sprzedaży, skutecznie odstraszały od zakupu. Niestety przedstawiciele fabryk nie dawali za wygraną, próbując nam przez godzinę wcisnąć unikatowe towary. A wielu uczestników wycieczki wolałoby spędzić ten cenny czas w ciekawszy sposób, na przykład zaglądając w zakamarki fascynującej Świątyni Karnak.

Gwoździem do trumny luksorskiej wyprawy okazał się kierowca autobusu (a raczej zaniedbanie pilota), który  w drodze powrotnej pominął jeden hotel, co przedłużyło naszą wycieczkę o prawie 2 godziny. Zmęczeni, po 22 godzinach w drodze, powróciliśmy do hotelu – absolutnie zachwyceni atrakcjami Luksoru, lecz zdecydowanie mniej organizacją wycieczki. I całkowicie pewni, że był to ostatni raz, kiedy zdecydowaliśmy się na wycieczkę zorganizowaną…

Przez pustynię w stronę słońca czyli quad safari

Wyprawy quadami przez pustynię są częścią programu wycieczek fakultatywnych w Egipcie. My postawiliśmy na lokalną ofertę safari, co okazało się strzałem w dziesiątkę, bo choć ich wszędołazy wyglądały jakby przejechały 100 tys. km, quad safari uważam za najlepszy punkt wyjazdu do Egiptu. Wyprawa trwała blisko 4 godziny i zaczęła się od obowiązkowego punktu programu – szczelnego owinięcia głowy chustą na styl arabski a następnie zapoznanie uczestników z tajnikami prowadzenia quada (czytaj: wskazanie przycisku gazu i hamulca).

Następnie zwartą grupą ośmiu quadów wyruszyliśmy w kierunku pustyni. Prędkość na początku zawrotną nie była, organizatorzy dali nam czas na oswojenie się z czterokołowymi motocyklami oraz podziwianie Gór Morza Czerwonego. A był to widok niesamowity: skalisto-piaszczyste wzniesienia wyrastające raz po raz z jednostajnego krajobrazu pustyni. Po jakimś czasie prowadzący przyśpieszył, pozwalając nam nieco mocniej nacisnąć na gaz, co sprawiło, że wszyscy nagle poczuli wiatr we włosach i zaczęli pędzić rozklekotanymi quadami w stronę szybko zachodzacego słońca. Dosłownie w stronę słońca, bo zbliżała się 17:00 a świetlista kula przed nami była coraz niżej, co dawało złudne, acz niesamowite wrażenie, że uda się ją dogonić. Bez rezultatu. Słońce było szybsze i udało się na spoczynek.

Po ok. 2 godzinach zatrzymaliśmy się w wiosce beduińskiej. Po pierwsze po to, by z niewielkiego wzgórza podziwiać zachód słońca na pustyni. Po drugie, by zobaczyć jak żyją Beduini, pierwotnie koczownicze plemiona arabskie, które kiedyś zajmowały się głównie hodowlą wielbłądów, owiec i kóz, a obecnie szukają nowocześniejszych metod utrzymania, jak np. obsługa ruchu turystycznego w postaci przewodniczenia wycieczkom po pustyni czy przejażdżek wielbłądami.

Mimo, że zwiedzanie wioski beduińskiej jest jedną z wielu atrakcji oferowanych przez organizatorów turystyki w Egipcie, odnosiłam się do niego sceptycznie. Jakoś nie przemawiał do mnie pomysł zaglądania pustynnym koczownikom do chat z charakterystyczną turystom ciekawością. Koniec końców Beduinów odwiedziliśmy i faktycznie – wycieczka dała sporo do myślenia. Szczególnie o tym, jak niewiele ludziom potrzeba do życia, jak znajdują proste sposoby na poprawę egzystencji, które nikomu z tzw. „cywilizowanego świata” zorientowanego na posiadanie i konsumpcję nie przyszłyby do głowy. Niesamowite, jak ci ludzie, mając tak niewiele, potrafią cieszyć się z najmniejszej rzeczy, uparcie pielęgnują swoje tradycje i … żyją długie lata. Nie jest bowiem rzadkością, że Beduini dożywają późnej starości – nawet 120 lat – głównie dzięki naturalnym metodom leczenia i jedzeniu wolnemu od chemii.

Wśród zasłyszanych historii o zwyczajach beduińskich jest wiele takich, które wskazują na skrajną prostotę tego ludu – choćby o tym, jak dochodzi do małżeństwa wśród Beduinów, które jest niczym innym jak mniej lub bardziej korzystną transakcją dla rodziny przyszłej panny młodej. To rodzina bowiem wybiera kandydata do ręki ich córki na podstawie ilości wielbłądów przez niego oferowanych. Wydaje się to strasznie prymitywne, ale nie brakuje również historii wskazujących na świetnie rozwinięty instynkt przetrwania, jak np. stosowana przez Beduinów metoda poszukiwania wody na pustyni, polegająca na głodzeniu wielbłąda przez 10 dni, który następnie udaje się w głąb pustyni w poszukiwaniu źródeł wody. W ten sposób Beduini wiedzą, gdzie się osiedlić, by przeżyć. Strasznie fascynujące były te historie zasłyszane przy beduińskiej herbacie i oparach sziszy – szczególnie popularnej w krajach arabskich fajki wodnej.

Następnie udaliśmy się na krótką przejażdżkę wielbłądami – tymi najcenniejszymi dla Beduinów zwierzętami, które obok wskazywania źródeł wody, dostarczają również jedzenia w postaci mleka i mięsa, są również lokalnym środkiem transportu, z którego następnie przesiedliśmy się spowrotem na quady by, pełni pustynnych wrażeń, powrócić do hotelu.