Archive for the ‘ Morze ’ Category

Sto kilometrów ruchomych piasków na Bałtyku czyli Mierzeja Kurońska

Neringa, Lithuania
Celem naszej litewskiej wyprawy od początku było wybrzeże, a konkretnie Mierzeja Kurońska, która jest piaszczystym półwyspem o długości 100km podzielonym niemal po równo między Litwę i Rosję. Ten wąski pasek lądu oddziela Zalew Kuroński od Morza Bałtyckiego będąc jednocześnie domem dla wielu rzadkich gatunków zwierząt i roślin i jednych z najwyższych wydm w Europie. Osobliwe położenie, imponująca flora i fauna występująca na tych terenach oraz ciekawa historia przyciągają w sezonie na litewską Mierzeję kilka tysięcy turystów dziennie.  

Do Neryngi można przedostać się promem samochodowym z Klajpedy, który płynie jedynie 7 minut. Koszt przeprawy to niewiele ponad 40zł w obie strony. Główną jednostką administracyjną i terytorialną na Mierzei jest Nerynga, która składa się z czterech osad: Nidy, Juodkrantė, Preili i Pervalki. Nida jest największą z nich a jednocześnie najbardziej oddaloną od Klajpedy miejscowością, która ma też najwięcej do zaoferowania kurońskiemu turyście. To tutaj znajdują się jedne z największych ruchomych wydm w Europie, które z uwagi na brak naturalnego hamulca w postaci lasów stale się przemieszczają, co sprawia że Mierzeja Kurońska jest wiecznie żywym piaskowym organizmem. W celu zahamowania tego procesu zaczęto z powrotem zalesiać tereny Mierzei Kurońskiej, co nieco spowolniło ruchy wydm.

Nida sand dunes, Lithuania

Nida sand dunes, Lithuania

Oprócz słynnych wydm, Nida ma kilka innych atrakcji w postaci rybackiego muzeum etnograficznego, muzeum bursztynu, czy portu. Obecne są tu również niemal na każdym kroku pamiątki po Tomaszu Mannie, niemieckim pisarzu i nobliście, który zauroczony tutejszym krajobrazem mieszkał tu przez jakiś czas. Nida charakteryzuje się również oryginalną zabudową, która mocno nawołuje do architektury skandynawskiej – małe parterowe domki pomalowane na mocne etniczne kolory, wśród których króluje intensywny brąz, bordo, niebieski, żółty. W domkach tych mieszka lokalna ludność, która żyje przede wszystkim z turystów. Żyje i to dosłownie, gdyż ceny w prywatnych pensjonatach o średnim standardzie są zbliżone do cen pokoi w hotelach w Sopocie czy Kołobrzegu charakteryzujących się sporo wyższym standardem. A zdawać by się mogło, że to jedno wybrzeże… Powodem prawdopodobnie jest popularność, jaką cieszy się Mierzeja Kurońska wśród zagranicznych, szczególnie niemieckich turystów, a także ograniczona baza noclegowa w porównaniu z  tą na polskim wybrzeżu.

Nida, Neringa, Lithuania

Jako spokojne miasto z bogatą infrastrukturą turystyczną, Nida przyciąga również wiele rodzin z dziećmi. Na terenie miasta znajduje się kilkanaście punktów, w których można wypożyczyć rowery i przemierzać Mierzeję – Nerynga dysponuje ścieżkami rowerowymi prowadzącymi wzdłuż brzegu Zalewu jak i przez lasy Mierzei Kurońskiej. Nic więc dziwnego, że wycieczki rowerowe są jedną z popularniejszych rozrywek na Mierzi Kurońskiej. Dzięki dwóm kółkom można w aktywny, zdrowy i ekologiczny sposób podziwiać nadmorskie krajobrazy i bogactwo iglastych lasów – krajobraz który sprawił, że w roku 2000 Mierzeja Kurońska została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W ten sposób w jeden dzień przemierzyłyśmy odcinek z Nidy poprzez Preilę do Pervalki. Te dwie ostatnie są zdecydowanie mniejszymi osadami, a właściwie wioskami. Jako miejsca oddalone od turystycznego zgiełku idealnie nadają się dla osób szukających spokoju i relaksu na łonie natury.

Neringa, Lithuania

Ostatnia z czterech osad, Juodkrantė jest nieco większą miejscowością (druga co do wielkości po Nidzie) której główną atrakcją jest Góra Czarownic – stworzona w 1979 r. ekspozycja ponad 70 drewnianych rzeźb wywodzących się z litewskich legend i podań.

Neringa, Witches' Hill, Lithuania

Neringa, Witches' Hill, Lithuania

Bałkański road trip zakończony!

W sumie 15 dni, 2 samochody, 8 zwariowanych osób, 6 odwiedzonych krajów (10 na trasie) – tak w skrócie można opisać dwutygodniowy wypad na Bałkany, który pozostawił mnóstwo cudownych wspomnień, 20GB zdjęć oraz kolejne marzenia, inspiracje i pomysły na dalsze podróże. 

Naszym pierwszym punktem podróży był Bled w Słowenii, skąd udaliśmy się do stolicy kraju – Lublany. Następnie rozpoczęliśmy zwiedzanie Chorwacji dniem nad Jeziorami Plitwickimi, skąd udaliśmy się nad Wybrzeże Adriatyku, kolejno odwiedzając magiczne chorwackie miasta – Zadar, Split i Dubrownik. Z tego turystycznego raju udaliśmy się do Bośni i Hercegowiny, by zobaczyć Mostar i Sarajewo – dwa skrajnie różne bałkańskie miasta. Po miejskim szale zapragnęliśmy gór, czyniąc Żabljak naszym punktem wypadowym w Góry Durmitor, a konkretnie na najwyższy szczyt Czarnogóry Bobotov Kuk. Następnie udaliśmy się nad czarnogórskie wybrzeże, zwiedzając Herceg Novi i Kotor oraz okoliczne plaże. Krótki wypad nad Jezioro Szkoderskie sprawił, że szybko zatęskniliśmy za morzem i jeszcze raz udaliśmy się w jego kierunku – w okolice miejscowości Bar. Następnym celem było Kosowo, a konkretnie miasto Peje oraz jego malownicze okolice. Mieliśmy również okazję przejechać przez Prisztinę – stolicę Kosowa w drodze do stolicy SerbiiBelgradu, który był ostatnim punktem wyprawy. Łza się w oku kręci, a chęć na odwiedzenie kolejnych bałkańskich krajów rośnie z każdym dniem. Cóż za przygoda!

Wyspy Egadzkie – dziewicza przyroda Sycylii na wyciągnięcie ręki

Wyspy Egadzkie są chyba jedną z bardziej fascynujących atrakcji zachodniej części Sycylii. Są one morskim rezerwatem przyrody oddalonym ok. 20km km od miasta Trapani. Cały archipelag stanowił niegdyś część Sycylii, ale w wyniku oderwania terenu powstały trzy większe wyspy: Favignana, Levanzo i Marettimo oraz dwie mniejsze: Formica i Maraone. Z turystycznego punktu widzenia najbardziej popularne są pierwsze trzy, które łączy błoga dziewiczość krajobrazu i stosunkowo małe rozmiary w porównaniu choćby z Sycylią, do której oficjalnie należą.

Najpopularniejszym celem turystycznym Egad jest Favignana, będąca największą wyspą archipelagu, choć obejmuje jedynie powierzchnię 20km2. Wszystkie z wymienionych wysp słyną z rybołóstwa, a Favignana szczególnie z połowów tuńczyka – to, obok turystyki, jedno z głównych źródeł utrzymania mieszkańców. Na Favignanę można się dostać z portu w Trapani wodolotem w 25 minut lub nieco dłużej – promem. Przejazd wodolotem w obie strony to koszt ok. 16 euro, który jednak szybko rekompensują niezapomniane atrakcje wyspy.

Zwiedzać można spacerując, lub udając się na przejażdżkę wypożyczonym rowerem, będącym ulubionym środkiem transportu favignańskich turystów. Koszt wypożyczenia to 4 euro, za które cały dzień możemy odkrywać cuda naturalne Favignany. A jest co, gdyż zarówno skaliste wybrzeża wyspy, magiczne zatoczki, jak i bogactwo jej wnętrza zachwyci każdego. Największa wyspa Egad słynie również z kamieniołomów będących pozostałościami po wydobyciu tufu wulkanicznego w postaci ogromnych bloków. Tuf jest miękką skałą osadową wykorzystywaną przez miejscowych do budowy domów – wycieczka rowerowa po wyspie odsłoni wiele takich miejsc.

Po rowerowej przygodzie można zatrzymać się w miasteczku na obiad, popołudniową kawę czy ciastko w bardzo miłej, lokalnej atmosferze – idalne uzupełnienie intensywnego i pełnego wrażeń dnia na Favignanie.

Levanzo jest najmniejszą z trzech głównych wysp archipelagu Egadów – ma zaledwie niecałe 6km2 i charakteryzuje się bardziej górzystym ukształtowaniem terenu, niż raczej płaska Favignana – za to nie mniej zachwyca swego rodzaju dzikością krajobrazu, który tworzą między innymi urwiste wybrzeża skalne. Podobnie można opisać Marettimo, która jest drugą pod względem wielkości po Favignanie, ale z kolei najbardziej oddaloną od wybrzeża Sycylii wyspą. Jej cechą szczególną są charakterystyczne niebieskie okiennice ozdabiające domy.

W królestwie rafy, turkusowej wody i pustyni – Egipt

Trzeba było Egiptu, bym w końcu pojechała na wakacje zorganizowane. Bo mało czasu na planowanie, bo w Egipcie słaba baza noclegowa poza hotelową, bo z biurem korzystniej cenowo. I stało się – mój pierwszy raz. Wszystko zaplanowane i zorganizowane. Nie trzeba się martwić o wyszukanie lotów, rezerwację noclegu, wyżywienie. Wszystko jest all-inclusive. Nawet ręczniki plażowe i maski do nurkowania. Tylko najlepsze nie jest wliczone w cenę – całkiem spontaniczna przygoda, o którą nietrudno podróżując na własną rękę, za to nie tak łatwo w zaciszu hotelowego kompleksu.

Ale nawet jeśli coś jest trudne, nie znaczy niemożliwe. Wyjazd był bardzo udany i stanowił mieszankę błogiego nicnierobienia z intensywnym zwiedzaniem podwalin cywilizacji. Miał być Kair, piramidy i faraon, tymczasem wylądowaliśmy w Marsa Alam i pobliskim Luxorze, z jego świątyniami i antycznymi grobowcami i jak śpiewała Edith Piaf  „no regrets”, bo widoki były nie do opisania.

Marsa Alam to stosunkowo nowe miejsce na wakacyjnej mapie Egiptu. Leży nad Morzem Czerwonym, ok. 300km na południe od turystycznej mekki Egiptu, Hurghady i coraz bardziej podbija serca i portfele zwolenników turystyki zorganizowanej, stanowiąc konkurencję dla wspomnianej wcześniej Hurghady czy słynnego Sharm El Sheik. Marsa Alam może stawać w szranki z największymi kompleksami wakacyjnymi dzięki nowoczesnej bazie noclegowej (tu raczej nie spotkamy hoteli przypominających PRL-owskie bloki typowe dla Hurghady, tylko nowe obiekty z elementami architektury arabskiej nieco ładniej wkomponywujące się w krajobraz niż wspomniane molochy). Poza tym Marsa Alam wygrywa z innymi miastami, gdyż jako wciąż rozwijający się punkt turystyczny, nie zdążył przyciągnąć tylu turystów, co inne regiony, stąd jest znacznie mniej zatłoczony, czego zalety podkreślało wielu napotkanych fanów egipskiego wypoczynku. No i nie można nie wspomnieć o słynnej rafie koralowej, która uchodzi za jedną z najlepszych w Egipcie, przyciągając amatorów podwodnego zwiedzania.

Tak przyszło mi spędzić tydzień w tym królestwie rafy, turkusowej wody i pustyni. I choć sposób podróżowania nie był do końca moim wymarzonym, to Egipt jest imponujący, i warto było go odwiedzić, choćby w sposób zorganizowany. Również po to, by się utwierdzić w przekonaniu, że najlepiej być swoim turoperatorem, biurem podróży, przewodnikiem i rezydentem. Bo wszystko, co najlepsze w podróżowaniu, czyli planowanie, organizacja, poznawanie kultury i zwyczajów nie mieści się w opcji all-inclusive. Za to muszę przyznać, że organizacja podróży po Egipcie wymagałaby znacznie więcej przygotowań, niż po jakimkolwiek kraju europejskim, a samo zwiedzanie Egiptu na własną rękę, może dostarczyć wiecej przygód, niż sobie tego życzymy. O czym można się łatwo przekonać przy jakiejkolwiek interakcji z tubylcami.

W Walencji, krainie paelli

Plaza de Ayuntamiento, Valencia, Spain

Z centralnej Hiszpanii udałam się znowu na wybrzeże. Tym razem nie atlantyckie, a Morza Śródziemnego. Dobrze znowu odetchnąć morskim powietrzem i posłuchać szumu fal. Dobrze też uciec od tłumów turystów, których pełno w Madrycie. Tak trafiłam do Walencji, trzeciego pod względem wielkości miasta Hiszpanii, w którym powstała jedna z najsłynniejszych hiszpańskich potraw – paella.

Paella to nic innego, jak ryż z rozmaitymi dodatkami. Ta tradycyjna, walencjańska, zawiera owoce morza, mięso kurczaka i królika oraz warzywa, ale odmian jest tyle, co gustów i każdy znajdzie coś dla siebie. Opcja wegeteriańska to PAELLA DE VERDURAS, dla miłośników owoców morza powstała PAELLA MARINERA, istnieje również PAELLA MIXTA, która zawiera po trochę wszystkiego. Tradycyjnie paella podawana jest w płytkim naczyniu z uchwytami przypominającym patelnię, w którym to jest przygotowywana. Potrawa pochodzi z Walencji i tu ponoć smakuje najlepiej, ale serwowana jest z powodzeniem w całej Hiszpanii.

Paella valenciana

Poza specjałami kulinarnymi Walencja oferuje również wiele innych atrakcji – jest to miasto pełne zabytków z różnych okresów, muzeów i innych ważnych miejsc dla kultury regionu.

Ja zwiedzanie zaczęłam od koryta rzeki TURIA, której to nadano nowy bieg po tym, jak w 1957 roku zalała miasto po raz kolejny, przynosząc mnóstwo ludzkich i materialnych strat. Stare koryto przekształcono w 11-kilometrowy park miejski okalający centrum, gdzie można udać się na długi spacer, uprawiać jogging czy jazdę na rowerze.  Koryto Turii pełne jest ludzi od wczesnego ranka do poźnego wieczora. Do starego miasta można wejść przez monumentalną bramę TORRES DE SERRANOS, która jest jednym z dwóch słynnych wejść zbudowanych w średniowieczu.

Torres de Serranos, Valencia, Spain

Za centralny punkt miasta uważana jest PLAZA DE AYUNTAMIENTO, czyli olbrzymi plac pełen XIX i XX-wiecznej architektury z modernistycznym budynkiem ratusza na czele. Poza tym koniecznie trzeba zobaczyć XIII-wieczną katedrę reprezentującą różne style od Gotyku do Baroku założoną na terenie byłego meczetu z charakterystyczną ośmiokątną wieżą uwidacznianą na wielu pocztówkach.

Cathedral, Valencia, Spain

Jedną z ciekawszych atrakcji, która jest częścią lokalnej kultury jest MERCADO CENTRAL, czyli jedna z najstarszych i wciąż czynnych hal targowych w Europie, zbudowana na początku XX wieku w typowym walencjańskim stylu z mnóstwem kolorowych mozaik. Ale co tam mozaiki – te świeże owoce (sadów i morza), warzywa i szynki mogą przyprawić o zawrót głowy!

Mercado Central, Valencia, Spain
Mercado Central, Valencia, Spain

Walencja przypadła mi do gustu również dzięki temu, że ma dostęp do morza i usytuaowanych zaledwie o kilka kilometrów od centrum szerokich, piaszczystych plaż. Główna plaża miejska, Malvarrosa jest zawsze pełna lokalnych, turystów i plażowych sprzedawców, oferujących wszystko od zimnych napojów, lodów i słodyczy poprzez okulary słoneczne, zmywalne tatuaże, na zabiegach masażu skończywszy.

Valencia, Spain

Chociaż nie tak popularna turystycznie jak Madryt czy Sewilla, Walencja okazała się być jednym z ciekawszych miejsc na mojej trasie, chyba dlatego, że ma po trochę wszystkiego i jest strzałem w dziesiątkę dla tych, którzy szukają różnych doznań na wakacjach – od bogatej kultury, świetnego jedzenia, po niesamowite zabytki i piękne plaże…

Algarve – bajkowe wybrzeze Europy

Po kilkunastu dniach dosc intensywnego zwiedzania miast i miasteczek portugalskich przyszedl czas na odpoczynek. I to odpoczynek nie byle jaki, bo na jednych z najpiekniejszych wybrzezy Europy, pelnych zlocistego piasku, blekitnej wody i rozmaitych formacji skalnych, z ktorych slyna plaze Algarve. Tak sie nam spodobala ta bajkowa kraina na poludniu Portugalii, ze postanowilysmy zostac tu nieco dluzej. A co tam, Sewilla moze poczekac!

Pierwszym nadbrzeznym ‚portem’ maszej wyprawy bylo FARO, ktore jakos osobiscie mnie nie zachwycilo. Miasto jak miasto, posiada nawet kilka ciekawych zabytkow i ladna mauretanska zabudowe charakteryzujaca sie niskimi bielonymi domkami z plaskimi dachami.

Faro, Portugal

Faro, Portugal

Ale ogolnie klimatem przypomina typowy nadbrzezny kurort z kosmicznymi cenami i deptakami pelnymi spragnionych slonca niemieckich i brytyjskich turystow, ktorzy nie wysilili sie za bardzo w poszukiwaniu destynacji urlopowej i zrobili sobie wakacje w Faro ze wzgledu na pobliskie lotnisko, moze nieswiadomi faktu, ze juz niecale 2 godziny jazdy pociagiem stad znajduje sie LAGOS – miasto pelne zycia, pozytywnej energii i bajecznych plaz.

Nie wiem, co mnie tak urzeklo w tym miejscu, w koncu to tez typowe miasteczko turystyczne pelne przybyszow, glownie z krajow Europy Zachodniej, jednak juz po wyjsciu z pociagu wiedzialam, ze fajnie byloby zostac dluzej w tym buzujacym, energicznym miejscu. Po znalezieniu najtanszego (10 euro!) a zarazem jednego z najlepszych hosteli w calej naszej dotychczasowej wyprawie, udalysmy sie prosto do SAGRES, niasteczka, a wlasciwie chyba wioski, ktora slynie z tego, ze jest punktem wypadowym na CABO DE VINCENTE – najbardziej na poludniowy zachod wysunietego przyladka Europy. Sagres powitalo nas piekna plaza z widokiem na klify Wincenta, ktore postanowilysmy odkryc osobiscie, wiec wyruszylysmy na podboj przyladka, ktory lezy ok. 6 km od Sagres. Na miejscu pierwsze, co rzuca sie w oczy to ogromna latarnia, ktora tworzy ciekawy widok z klifami, na ktorych zostala zbudowana. Idac w kierunku zbocza pokonujemy dywan kolorowych kwiatow, ktore pieknie komponuja sie z nieopisanym blekitem wod Oceanu Atlantyckiego.

Kolejne dwa dni poswiecamy na poznawanie plaz w okolicy Lagos, ktore sa jednymi z najpiekniejszych, jakie widzialam w zyciu. Wiecznie wzburzona woda, strome zbocza i pojedyncze formacje skalne a takze cale ich archipelagi obmywane przez wysokie fale Atlantyku tworza widok niezwykly, ktory chcialoby sie zachowac w pamieci na zawsze, by moc odtowrzyc na przyklad wtedy gdy za oknem polska jesienna plucha.

Ale Algarve to takze obok plaz doskonale jedzenie – zawsze swieze i swietnie przyrzadzone. Mimo, ze ceny sa znacznie wyzsze niz w polnocnych regionach kraju, sprawne oko turysty niskobudzetowego potrafi wypatrzec restauracje z ‚prato del dia’ skladajace sie z przystawki, pozywnej zupy, dania glownego, lampki wina i na koniec slynnej portugalskiej kawy pitej tutaj jak rytual za laczna sume 7 euro. W takiej opcji jadlysmy slynnego portugalskiego BACALHAU A BRAS czyli dorsza smazonego z cebula i ziemniakami. Najlepiej smakuje zamawiany lamanym portugalskim, ktory jest tak naprawde mieszanka hiszpanskich zwrotow wymawianych ze zwiekszona iloscia ‚sz’ i ‚ż’ oraz tu i owdzie wtracanym ‚obrigada’, czyli jednym z niewielu slow jakie znamy po portugalsku. Zal bedzie opuszczac ten kraj dorsza, kawy i fado. Uzbrojone w te niezapomniane wrazenia i jeszcze z plazami Lagos przez oczyma i szumem Oceanu w uszach jutro opuszczamy Portugalie, a lezka w oku sie kreci, bo to kraj piekny, niezwykly, zachwycajacy rozmaitoscia krajobrazow, smakow i zapachow…

(Dziki) zachód – prawdziwy klimat Irlandii

Ashford Castle, Co. Mayo, Ireland

Dublin może być stolicą Irlandii, Cork Republiką Ludu, a Kerry królewskim hrabstwem, ale nic prawdopodobnie nie oddaje tak ducha Irlandii jak jej dziewiczy zachód. To tu spotkać można najbardziej klimatyczne miasteczka i wioski, malownicze wybrzeża oraz rdzennych mieszkańców z bogatą tradycją lokalną.

Krajobraz zachodnich hrabstw CLARE, GALWAY i MAYO znacznie różni się od reszty kraju – wszystko jest tu bardziej surowe, naturalne i tradycyjne – od klimatu począwszy, który jest wilgotniejszy i bardziej deszczowy, poprzez zapierającą dech w piersiach dziewiczą scenerię aż po język – wielu mieszkańców zachodniej Irlandii wciąż na co dzień używa wymarłego w innych częściach kraju języka irlandzkiego. To tu słynne kamienne murki przecinają łąki pełne pasących się owiec. Tu też kawałek dalej można podziwiać rozległe bagna i wrzosowiska, a kierując się na północ również zdumiewające góry. To tu wreszcie znajduje się Galway – moje ulubione miasto Irlandii charakteryzujące się niepowtarzalnym urokiem i charyzmą.

GALWAY jest miastem bardzo żywiołowym, pełnym tradycyjnych irlandzkich pubów i restauracji oraz ludzi dosłownie z całego świata, których zapewne, podobnie jak mnie, coś urzekło w tym mieście. Ten kosmopolityzm i wielonarodowość dają się odczuć na każdym kroku – wystarczy przejść się Shop Street, główną ulicą miasta, by usłyszeć języki z różnych kontynentów. Niezliczeni studenci, turyści oraz artyści uliczni gwarantuje ożywioną atmosferę, która skutecznie rekompensuje brak znaczących zabytków w mieście. Warto wybrać się na długi spacer wzdłuż malowniczej rzeki Corrib – zdumiewające widoki od mostów po ciekawe budowle gwarantowane! Galway jest również świetnym punktem wypadowym do innych atrakcji regionu – słynnych klifów, gór, wybrzeży oraz średniowiecznych zamków.

Salthill, Galway City, Ireland

CLIFFS OF MOHER – strome, niemalże pionowe zbocza wynurzające się z Oceanu Atlantyckiego położone w hrabstwie CLARE zostały okrzyknięte jedną z najbardziej popularnych atrakcji turystycznych Irlandii. W najwyższym punkcie osiągające 214 metrów klify można podziwiać z wydzielonego dla turystów obszaru – trawiastego wzgórza z tarasem widokowym. Przy planowaniu wycieczki na klify, warto zwrócić uwagę na warunki atmosferyczne, gdyż przy deszczowej pogodzie skały spowija gęsta mgła, która skutecznie utrudnia widoczność.

Nie tak znane ale również piękne, a przede wszystkim najwyższe klify Irlandii można podziwiać w hrabstwie MAYO. Oprócz klifów, wybrzeży i wiosek rybackich pełno tu ciekawej architektury. Polecam szczególnie zamek ASHFORD CASTLE – średniowieczną budowlę położoną w okolicy wioski Cong. Zbudowany w XIII wieku zamek dzięki późniejszym właścicielom w wieku XIX wzbogacił się o dobudówki w stylu wiktoriańskim. W 1939 roku został przekształcony w hotel, obecnie 5-gwiazdkowy, i od tego czasu gościł już wielu znanych celebrytów z całego świata – od Johna Lennona po Brada Pitta i Ronalda Reagana. Ashford Castle jest otoczony ogromnymi połaciami terenu ze ścieżkami spacerowymi, polami golfowymi i jeziorami. Można również zwiedzić jego wnętrza, warto jednak wcześniej sprawdzić czy w danym terminie nie odbywa się tam żadne wesele, gdyż zamek jest popularnym miejscem przyjęć zamożnych Amerykanów.

Ashford Castle, Co. Mayo, Ireland

Ashford Castle, Co. Mayo, Ireland

Inną budowlą, która mnie urzekła w zachodniej części Irlandii jest KYLEMORE ABBEY – benedyktyńskie opactwo z reputacją najbardziej romantycznego zamku Irlandii. Przepełnione bogatą historią i położone pośród gór, lasów i jezior opactwo przypomina zamek z bajki i jest jedną z ciekawszych atrakcji turystycznych tego regionu. Zbudowany w XIX wieku zamek był początkowo domem prywatnym, po czym został sprzedany siostrom benedyktynkom, które utworzyły w nim szkołę z internatem dla dziewcząt.

Kylemore Abbey, Co. Galway, Ireland

Stąd blisko już do cudu natury zachodniej Irlandii – parku narodowego CONNEMARA, który roztacza się na powierzchni 3000 ha. Tu krajobraz determinują wrzosowiska, mokradła i torfowiska w niższych partiach oraz górzyste, skaliste zbocza w wyżej położonych terenach. Dzięki wielu szlakom wędrownym, Connemara jest bardzo popularną destynacją trekkingową.

Connemara, Co. Galway, Ireland

Na koniec, jeżeli czas pozwoli, warto udać się na połnóc, by odwiedzić WESTPORT – urocze miasteczko w hrabstwie  Mayo znane z georgiańskiej architektury, ciekawych pubów i restauracji oraz zdumiewających plaży. Znaną atrakcją miasta jest WESTPORT HOUSE – piękny historyczny dom z XVIII wieku, położony nad jeziorem i otoczony zdumiewającymi ogrodami, z wieloma atrakcjami, jak park rozrywki Pirate Adventure Park.