Archiwum autora

Kowno – najbardziej litewskie miasto Litwy?

Kaunas, Lithuania
Po zwiedzaniu takich litewskich ikon jak Wilno, czy Mierzeja Kurońska, przyszedł czas na Kowno, dawną stolicę kraju, drugie pod względem wielkości litewskie miasto i miejsce, które geograficznie jest chyba najbardziej dostępne od strony polskiej – położone bowiem zaledwie 100km od granicy z naszym krajem i 125km od Suwałk – pierwszego większego miasta przy granicy z Litwą. Dodatkowo, dzięki najlepiej rozwijającemu się w krajach bałtyckich lotnisku, Kowno jest miastem międzynarodowym, oferując połączenia z takimi regionami Europy jak Skandynawia, Wyspy Brytyjskie, Półwysep Iberyjski, czy wyspy greckie. 

Kaunas, Lithuania

Pomimo tej bliskości, Kowno pozostawia nieodparte wrażenie, że jest miastem bardziej litewskim, niż Wilno. Fakty to tylko potwierdzają – z ponad 300 tys mieszkańców blisko 90% to Litwini – ta homogeniczność narodowościowa jest sporą niespodzianką na tle innych litewskich miast, w tym Wilna, gdzie tylko niewiele ponad połowa mieszkańców jest pochodzenia litewskiego, a pozostała część to mieszanka ludności rosyjskiej, polskiej, niemieckiej i żydowskiej. Dzięki objęciu roli stolicy kraju w latach 20. XX w. Kowno zyskało miano ważnego ośrodka administracyjnego, gospodarczego, naukowego i kulturalnego, co wciąż można bardzo wyraźnie zaobserwować, spacerując ulicami miasta.

Kaunas, Lithuania

Kaunas, Lithuania

Kaunas, Lithuania

Kowno przywitało nas deszczową pogodą, ale nawet w strugach deszczu można docenić jego urok. Stare Miasto przyciąga takimi zabytkami jak szesnastowieczny Ratusz, bogactwo kościołów i klasztorów, słynne domy kupieckie (w tym Dom Perkuna w którym obecnie mieści się Muzeum Mickiewicza), czy wzniesiony w XIV wieku zamek warowny, który miał służyć obronie przed Krzyżakami. I Krzyżacy właśnie go zniszczyli, a na jego miejscu zbudowano nową warownię, której ruiny możemy oglądać do dziś dnia. Czworoboczny zamek z charakterystycznymi czteroma basztami miał duże znaczenie historyczne dla Kowna i całej Litwy, a obecnie jest chyba jednym z bardziej rozpoznawanych zabytków miasta. Czy to dla zamku, czy dla innych zabytków miasta, bądź też wspomnianej litewskości, zdecydowanie warto odwiedzić drugie miasto Litwy, które sporo różni się od osławionego Wilna – kto wie, może na plus?
Kaunas Castle, Lithuania

Wilno – miasto historii, religii, kultur i sentymentów

Vilnius, Lithuania

Wilno było moim pierwszym punktem styku z Litwą i mimo, że od jego zwiedzania minęło już trochę czasu, nadal nie potrafię jednoznacznie zdefiniować tego miasta. Bo ciężko definitywnie określić stolicę Litwy – powiedzieć jest biała lub czarna… Jest w niej bowiem coś, co sprawia, że w powietrzu czuje się dziwną nostalgię i sentyment, chwilami nawet pustkę i tęsknotę. A jednocześnie barwne to miasto, pełne turystów i niezwykłej historii, co czyni go miejscem wiecznie żywym.

Pierwsze skojarzenia z Wilnem? Wszechobecna historia, zagłębie polskości, kolebka literatury i kultury. Tygiel etniczny i kulturowy, który do dziś widoczny jest niemal na każdym kroku. Wśród 600 tys mieszkańców jedynie niewiele ponad połowę stanowią Litwini. Kolejne 40% jest niemal równo podzielone między mniejszość polską i rosyjską. Pozostałe 10% stanowią Białorusini, Łotysze i inne narodowości. Nie sposób nie zauważyć przenikających się kultur: litewskiej, polskiej i rosyjskiej, ale także żydowskiej i niemieckiej. Mimo wspólnej polsko-litewskiej historii, Litwini niechętnie mówią po polsku. A potrafią – szczególnie starsi mieszkańcy stolicy. Ciekawe, co tak mocno odbiło się w ich świadomości, że odcinają się od Polski grubą linią? W końcu polscy królowie – Władysław Jagiełło czy Zygmunt August mieli ogromny wkład w rozwój miasta, Litwa była stolicą Państwa Polskiego. Dzięki temu powstał tu najstarszy uniwersytet w republikach nadbałtyckich, założony przez Jezuitów, przekształcony później w Akademię Wileńską, a następnie w Uniwersytet Wileński.

Vilnius, Lithuania

Poza znanym ośrodkiem akademickim, Wilno zasłynęło jako religijna stolica regionu – w samym Wilnie mieści się 40 kościołów rzymskokatolickich, w tym tak znane jak Sanktuarium Matki Bożej Ostrobramskiej, Bazylika Archikatedralna czy Kościół Św. Anny, 20 cerkwi prawosławnych oraz 3 żydowskie synagogi. Czy potrzeba lepszego dowodu wielonarodowości i wieloreligijności miasta?

Vilnius, Lithuania

Vilnius, Lithuania

Vilnius, Lithuania

Zapoznanie się z historią Wilna – choćby pobieżne – wydaje się niezbędne do zrozumienia tego miasta. To właśnie ona tak mocno ukształtowała stolicę Litwy – zarówno poprzez niechlubne grabieże i wojny między narodami, jak i sławetne wydarzenia kulturalne, dzięki którym Wilno zawsze wartko podnosiło się z największych opresji najeźdźców.

Mimo prześladowań ze strony caratu w XIXw. Wilno było kolebką litewskiej kultury, literatury i nauki. Obok Mickiewicza tworzyli tu również J. Słowacki, J.I. Kraszewski czy St. Moniuszko. Po Powstaniu Listopadowym w 1830r. miasto zostało poddane intensywnej rusyfikacji, co jeszcze pogłębiło ruchy narodowo-wyzwoleńcze i zainicjowało Powstanie Styczniowe w 1863r, po którym ucisk ze strony caratu został zintensyfikowany. Wymierny plus carskich rządów silnej ręki to intensywny rozwój wileńskiej gospodarki – powstawały fabryki, sklepy, banki, rozwinęła się kolej. W 1915r. miasto znowu przeszło pod okupację – tym razem niemiecką, następnie cieszyło się krótko niepodległością, po czym zostało zajęte przez Armię Czerwoną, która stworzyła Radziecką Socjalistyczną Republikę Litwy i Białorusi. I tu losy Polaków i Litwinów znów się złączyły, gdyż w wyzwoleniu Wilna pomógł nikt inny jak… Piłsudzki. Rezultatem oswobodzenia przez Polaków było utworzenie Litwy Środkowej, która byłą zdominowana przez ludność polską, w związku z czym została przyłączona do Polski. Czyn ten był odczytany przez Litwinów jako zdrada i kradzież stolicy – tu zapewne można, przynajmniej częściowo, szukać źródeł niechęci Litwinów do Polaków. W okresie międzywojennym rolę stolicy przejęło Kowno. Okres ten związany był z ogromnym rozkwitem kulturalnym miasta. Jednak w wyniku Aktu Ribbentrop-Mołotow, Wilno ponownie znalazło się pod wpływem ZSRR. We wrześniu 1939r. do miasta wkroczyła Armia Czerwona, zaczęły się deportacje ludności wileńskiej na Syberię. W 1940r. zanotowano powstanie Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, która weszła w skład ZSRR. W 1941 r. miasto zostało ponownie zajęte przez Niemców. Był to czas silnych represji ludności żydowskiej w Wilnie. Następnie Wilno zostało przejęte przez Armię Czerwoną, nastąpiła przebudowa Litwy w duchu radzieckim, a ludność polska (ok. 170 tys osób!) została przesiedlona do Polski. Po silnych działaniach narodowo-wyzwoleńczych Litwinów oraz próbach stłumienia tych buntów podjętych przez Moskwę prowadzących do kilkumiesięcznej okupacji miasta, w 1990r. Litwa jako pierwsza republika radziecka ogłosiła niepodległość.

W całej historii miasta jak mantra powraca wątek artystów, których Wilno rodziło, ale także z radością przez lata przyjmowało w swoje szeregi. Pozostałością tych czasów jest choćby Zarzecze, dzielnica artystyczna, oddzielona od Starego Miasta rzeką Wilejką, która niegdyś była jedną z bardziej zaniedbanych dzielnic miasta, a obecnie należy do najbardziej magicznych miejsc Wilna – przed wojną zamieszkała przez społeczność żydowską, później kolebka artystycznej bohemy miasta, obecnie jedno z ciekawszych atrakcji turystycznych. Wśród miejsc związanych z artystyczna przeszłością Wilna na wyróżnienie zasługuje również Zaułek Literacki, który słynie z urokliwych elementów architektury i dekoracji, tu również mieści się Muzeum Mickiewicza, który w tej części miasta tworzył.

Vilnius, Lithuania

Vilnius, Lithuania

Vilnius, Lithuania

Ale Wilno to nie tylko wszechobecna historia i sztuka – to również tradycyjna kuchnia z pogranicza kultur, i tradycyjne piwo litewskie Švyturys, które z sukcesem produkowane jest od ponad stu lat. Bogata kuchnia litewska przywodzi z kolei na myśl niezapomniane dni na suwalszczyźnie i tamtejsze przysmaki, które, podobnie jak Wilno, łączą w sobie kilka kultur, narodów i smaków.

Švyturys beer in Vilnius

Vilnius, Lithuania

Sto kilometrów ruchomych piasków na Bałtyku czyli Mierzeja Kurońska

Neringa, Lithuania
Celem naszej litewskiej wyprawy od początku było wybrzeże, a konkretnie Mierzeja Kurońska, która jest piaszczystym półwyspem o długości 100km podzielonym niemal po równo między Litwę i Rosję. Ten wąski pasek lądu oddziela Zalew Kuroński od Morza Bałtyckiego będąc jednocześnie domem dla wielu rzadkich gatunków zwierząt i roślin i jednych z najwyższych wydm w Europie. Osobliwe położenie, imponująca flora i fauna występująca na tych terenach oraz ciekawa historia przyciągają w sezonie na litewską Mierzeję kilka tysięcy turystów dziennie.  

Do Neryngi można przedostać się promem samochodowym z Klajpedy, który płynie jedynie 7 minut. Koszt przeprawy to niewiele ponad 40zł w obie strony. Główną jednostką administracyjną i terytorialną na Mierzei jest Nerynga, która składa się z czterech osad: Nidy, Juodkrantė, Preili i Pervalki. Nida jest największą z nich a jednocześnie najbardziej oddaloną od Klajpedy miejscowością, która ma też najwięcej do zaoferowania kurońskiemu turyście. To tutaj znajdują się jedne z największych ruchomych wydm w Europie, które z uwagi na brak naturalnego hamulca w postaci lasów stale się przemieszczają, co sprawia że Mierzeja Kurońska jest wiecznie żywym piaskowym organizmem. W celu zahamowania tego procesu zaczęto z powrotem zalesiać tereny Mierzei Kurońskiej, co nieco spowolniło ruchy wydm.

Nida sand dunes, Lithuania

Nida sand dunes, Lithuania

Oprócz słynnych wydm, Nida ma kilka innych atrakcji w postaci rybackiego muzeum etnograficznego, muzeum bursztynu, czy portu. Obecne są tu również niemal na każdym kroku pamiątki po Tomaszu Mannie, niemieckim pisarzu i nobliście, który zauroczony tutejszym krajobrazem mieszkał tu przez jakiś czas. Nida charakteryzuje się również oryginalną zabudową, która mocno nawołuje do architektury skandynawskiej – małe parterowe domki pomalowane na mocne etniczne kolory, wśród których króluje intensywny brąz, bordo, niebieski, żółty. W domkach tych mieszka lokalna ludność, która żyje przede wszystkim z turystów. Żyje i to dosłownie, gdyż ceny w prywatnych pensjonatach o średnim standardzie są zbliżone do cen pokoi w hotelach w Sopocie czy Kołobrzegu charakteryzujących się sporo wyższym standardem. A zdawać by się mogło, że to jedno wybrzeże… Powodem prawdopodobnie jest popularność, jaką cieszy się Mierzeja Kurońska wśród zagranicznych, szczególnie niemieckich turystów, a także ograniczona baza noclegowa w porównaniu z  tą na polskim wybrzeżu.

Nida, Neringa, Lithuania

Jako spokojne miasto z bogatą infrastrukturą turystyczną, Nida przyciąga również wiele rodzin z dziećmi. Na terenie miasta znajduje się kilkanaście punktów, w których można wypożyczyć rowery i przemierzać Mierzeję – Nerynga dysponuje ścieżkami rowerowymi prowadzącymi wzdłuż brzegu Zalewu jak i przez lasy Mierzei Kurońskiej. Nic więc dziwnego, że wycieczki rowerowe są jedną z popularniejszych rozrywek na Mierzi Kurońskiej. Dzięki dwóm kółkom można w aktywny, zdrowy i ekologiczny sposób podziwiać nadmorskie krajobrazy i bogactwo iglastych lasów – krajobraz który sprawił, że w roku 2000 Mierzeja Kurońska została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W ten sposób w jeden dzień przemierzyłyśmy odcinek z Nidy poprzez Preilę do Pervalki. Te dwie ostatnie są zdecydowanie mniejszymi osadami, a właściwie wioskami. Jako miejsca oddalone od turystycznego zgiełku idealnie nadają się dla osób szukających spokoju i relaksu na łonie natury.

Neringa, Lithuania

Ostatnia z czterech osad, Juodkrantė jest nieco większą miejscowością (druga co do wielkości po Nidzie) której główną atrakcją jest Góra Czarownic – stworzona w 1979 r. ekspozycja ponad 70 drewnianych rzeźb wywodzących się z litewskich legend i podań.

Neringa, Witches' Hill, Lithuania

Neringa, Witches' Hill, Lithuania

Wolność na czterech kółkach, czyli słowo o podróżowaniu samochodem

Image

Znam ludzi, którzy twierdzą, że jeśli chce się podróżować, to środek lokomocji nie ma znaczenia. I generanie tak jest, bo podstawa to byle do przodu. Ale czy napewno nieważne jak? Dla mnie chyba nie do końca, co uświadomiła mi zeszłoroczna wyprawa na Bałkany, a podróż po rozległej Tajandii tylko potwierdziła.

Środek lokomocji jest nieoderwalną częścią atmosfery podróży. Jeśli mam ochotę na prawdziwy backpacking, to podróżuję autobusami i pociągami, zdarza się, że i stopem. Podróż samolotem daje poczucie, że wyruszamy gdzieś daleko, nawet jeśli nasza destynacja znajduje się rzut beretem od domu. A co daje samochód? Mnie osobiście niesamowitą wolność, której nie może zapewnić żaden inny sposób podróżowania. I nie ma tu znaczenia rozmiar, bo małe samochody tak samo jak duże auta, czy samochody rodzinne mogą dostarczyć niesamowitych wrażeń podróżniczych – wszystkie w końcu posiadają cztery kółka, które zaprowadzą nas do celu. Bez zewnętrznych ograniczeń jak rozkład jazdy.

Zbliża się czas wakacji, a zatem i planowania ewentualnych letnich wojaży. I na myśl przychodzi od razu zeszłoroczny road trip, podczas którego w 15 dni odwiedziliśmy aż 6 krajów, przemierzając w sumie ponad 4 tys km. I nie ulega wątpliwości, że wszystko to możliwe było właśnie dzięki samochodowi, który, jak żaden inny środek transportu, pozwolił nam utrzymać intensywne tempo wyprawy, jednocześnie dając łatwą i szybką możliwość modyfikacji trasy oraz zabrania wszystkich potrzebnych (i nie tylko) rzeczy, wolność w doborze przystanków, a czasem i schronienie.

Po przygodzie bałkańskiej ’11, która była pierwszym przeze mnie zorganizowanym road tripem zawsze będę miała sentyment do wypraw samochodowych – chęć zapakowania plecaka do bagażnika i ruszenia przed siebie jest czasem trudna do opanowania. Szczególnie jeśli ma się fajną ekipę. Jedyne, co może powstrzymywać to aktualne ceny paliwa, które w przeciagu roku wzrosły o złotówkę na litrze. Ale cóż się nie robi, aby zwiedzać w trybie off-road i poczuć totalną wolność?

Planowanie bałkańskiego road tripu ’12 (vol. 2) uważam za oficjalnie rozpoczęte!

Śladami Kafki – królewska Praga

Tylko o 500 km oddalona od królewskiego Krakowa. Królewska Praga. Groupon na hotel zakupiony przed rokiem, ale sama wyprawa dość spontaniczna. Środek zimy, padający śnieg z deszczem, ale nas to nie odstrasza – wręcz przeciwnie. Podobnie jak fatalny dojazd.

Bo niby znacząca europejska stolica, a z byłej stolicy Polski trudno się do niej dostać pociągiem lub autobusem. Ponieważ miało być z przygodami, postanowiłyśmy jednak podjąć wyzwanie. A że podróże koleją należą z reguły do ciekawych, postawiłyśmy na pociąg z Katowic do Pragi. Ale zabrakło miejsc. Potem miał być autobus do Cieszyna, a z Cieszyna pociąg do Pragi. Ale też nie wyszło. Koniec końców jedynym niezawodnym środkiem lokomocji tego dnia okazał się samochód, któremu przyszło zmierzyć się ze śnieżycą w Sudetach, gdy przekraczałyśmy granicę w Kudowej. Na szczęście obyło się bez łańcuchów. A zabawa przednia!

Na podróże do Pragi pociągiem bądź autobusem pewnie porywać się już nie będę, bo ten samochód okazał się całkiem fajnym pomysłem. Wciąż dziwi mnie jednak, że nikt nie pomyśli o tak oczywistym połączeniu jak Kraków-Praga. Myślę, że finansowo nie straciłby na tym – w końcu wielu krakowian podróżuje na weekend do Pragi, nie wspomnę już o obcokrajowcach, którzy robią sobie wycieczki „od stolicy do stolicy”. No nic – pomysł na biznes, gdy zobaczę już wszystkie warte odwiedzenia miejca na tym świecie 🙂


A Praga z pewnością do nich należy. Może już trochę oklepana. Może nieco zbyt turystyczna. Może zbyt mało czeska. Ale piękna, klimatyczna, urokliwa. Tak włóczyłyśmy się po niej z typowymi dla nas przerwami – to na obiad, to na kawę, to na kufel Staropramena w jednym z praskim pubów – by się ogrzać, pogadać, pomyśleć co dalej. I tak upłynęły 3 dni w boskiej Pradze – pomiędzy Starym a Nowym Miastem. Była królewska dzielnica Hradczany z zamkiem, bazyliką św. Jerzego, katedrą św. Wita oraz moją ulubioną Złotą Uliczką – siedzibą praskich złotników, gdzie później tworzył swoje dzieła Kafka. Gdybym zawitała do Pragi w liceum, „Proces” pewnie wydałby mi się znacznie mniej surrealistyczną lekturą, a Józefa K. może bym nawet polubiła…

Był i majestatyczny Most Karola, który z jednej strony łączy dwie części miasta, a z drugiej przywołuje do porządku najdłuższą rzekę Czech. Była też praska awangarda w postaci Tańczącego Domu, który ma ponoć ma symblizować tańczącą parę. Były też  rzesze turystów, mnogość języków. Praga robi się bardzo kosmopolityczna. Dobrze czy źle? Sama nie wiem. Trochę brakuje mi tej czeskości w stolicy Czech. Ale i tak chce się wracać. I na pewno wrócę. Może tym razem na rowerze?


Dwie baby na Babiej…

Babia Góra (1725 m npm), królowa Beskidów, od dawna była na mojej liście „to-do”, dotychczas jednak zawsze spychana na drugi plan przez inne górskie wędrówki. Do pewnej pięknej wrześniowej niedzieli, w którą to grzechem byłoby nie wyjechać z miasta, gdyż pogoda dopisała pod każdym względem. Jako że reszta krakowskich górołazów postanowiła zdobywać bardziej ambitne szczyty (czyt. Kościelec i  Granaty), nie pozostało nam nic innego, jak wybrać się na tę babską górę w babskim duecie (żeby nie powiedzieć babim). Swoją drogą tak się zastanawiam – jaki związek mają ze sobą dwie nazwy szczytu – Babia Góra i Diablak. Czyżby góra została ochrzczona przed jakiegoś wroga rodzaju żeńskiego dla którego kobieta i diabeł to to samo?

Był to dzień pełen wrażeń, a przygody zaczęły się już w drodze do Zawoji, która jest notabene najdłuższą wsią w Polsce, co da się odczuć (faktycznie, wydaje się nie mieć końca). Po małych turbulencjach samochodowych udało się dojechać do Markowej, skąd ruszyłyśmy w kierunku schroniska Markowe Szczawiny. Według informacji znalezionych w internecie odcinek ten obejmuje 1,5 godziny marszu, my wędrowałyśmy ponad dwie. Powodem było między innymi to, że nagle, niewiadomo dlaczego, zgubiłyśmy szlak. Na szczęście szybko udało się go odnaleźć i wkrótce znalazłyśmy się w schronisku, gdzie obok zimnego piwa z sokiem, kosztowałyśmy również schroniskowych pierogów i zupy. Posilone, z nową werwą i energią ruszyłyśmy na Babią Górę. Tu już było nieco ciężej, bo podejście było bardziej strome, niż wcześniej. Do tego na pomysł zdobycia Babiej tego dnia wpadło wiele rodzin z dziećmi, co znacznie utrudniało wędrówkę i wiązało się z ciągłym zatrzymywaniem.

W końcu doszłyśmy do Przełęczy Brona, skąd roztacza się wspaniały widok na Beskidy, Gorce, Tatry i … Małą Babią Górę. Ta ostatnia kusiła płaskim podejściem i bliskością od Przełęczy, jednak my, trzymając się pierwotnego planu, ruszyłyśmy na podbój Diablaka. Ten odcinek podejścia okazał się najciekawszy właśnie ze względu na malownicze widoki. Babia w wielu opisach porównywana jest do kobiecej piersi i coś w tym jest – gdy się ją obserwuje z daleka, może przypominać kobiece kształty ( raczej kształt). Co ciekawe, babia pierś z bliska wygląda jak usypany przez człowieka kopczyk kamieni – widok dość osobliwy. Z góry roztacza się jeszcze ciekawszy widok na Beskidy – teraz rozumiem sławę Diablaka – walory widokowe zarówno przy podejściu jak i na szczycie są niesamowite.

Jednak jako że czas nas gonił, gdyż z racji różnych przygód miałyśmy małe opóźnienie, po godzinie postanowiłyśmy schodzić. Tu miła niespodzianka – brak ludzi, co znacznie ułatwiało zejście. Dość sprawnie znalazłyśmy się w schronisku Markowe Szczawiny, a potem już przez las do Markowej. Tu jednak okazało się, że w lesie robi się znacznie szybciej ciemno a wieczór zbliżał się nieublaganie i podjęłyśmy walkę z czasem znacznie przyspieszając kroku. Na szczęście udało nam się tuż przed zmrokiem opuścić las, by w drodze powrotnej utknąć w ogromnym korku na osławionej Zakopiance. Mimo to dzień był wspaniały, a Babią Górę zaliczam do ulubionych szczytów.

Od Żywca po Cieszyn czyli Beskid Śląski

Po wyprawie na Bałkany, zamarzyło mi się znowu spędzić kilka dni w polskich górach. Długi weekend sierpniowy stworzył ku temu idealną okazję. Palec znowu powędrował po beskidzkiej części mapy i zatrzymał się na Beskidzie Śląskim. Tym razem nie było wielogodzinnych wędrówek po górach, a raczej objazd po regionie i poznanie jego smaczków.

Pierwszym punktem wyprawy był Żywiec z jego główną atrakcją – Muzeum Browaru uruchomionym w 2006 roku. Bardzo się cieszyłam na tę wizytę, niestety, ku mojemu zaskoczeniu, na miejscu okazało się, że trzeba mieć rezerwację, której oczywiście nie miałam. Na pytanie o możliwość dokonania rezerwacji na najbliższy poniedziałek, co umożliwiłoby mi zobaczenie muzeum w drodze powrotnej, usłyszałam od wyraźnie rozdrażnionej pani z obsługi, że jak większość muzeów na świecie, Muzem w Żywcu jest nieczynne w poniedziałki (cytat). No cóż, uwaga ta nie dosyć że była najzwyczajniej w świecie nieuprzejma, skutecznie zniechęciła mnie do ponownego przybycia do żywieckiego browaru, więc niewiele z niego zapamiętam – a szkoda, gdyż chętnie poznałabym historię i arkana warzenia do niedawna ulubionego piwa.

Żywiec
Żywiec
Żywiec

Niedaleko Żywca znajduje się Góra Żar (761 m npm).  Jako że czas gonił, zamiast wchodzić, wjechaliśmy na nią kolejką linową. Widok był całkiem niezły, lecz naprawdę nie rozumiem, z jakiego powodu góra ta cieszy się taką popularnością. Chyba jedynie dlatego, że jako jedna z pięciu gór w Polsce obsługiwana jest przez Polskie Koleje Linowe.

Beskid Śląski

Kolejnym, znacznie ciekawszym punktem wyprawy okazała się Węgierska Górka, która słynie z systemu fortyfikacji zbudowanego w celu zabezpieczenia południowej granicy państwa przez atakiem hitlerowskim w 1939 roku. Planowano wybudować dziewięć fortów, wybudowano pięć, a cztery pozostałe jedynie rozpoczęto.  Forty Waligóra, Wąwóz, Wędrowiec, Włóczęga i Wyrwidąb pomagały polskim żołnierzom w opóźnieniu przemarszu Hitlerowców od granicy słowackiej 1-3 września 1939r. Z ciekawostek warto wiedzieć, że po stronie wroga było 17700 żołnierzy wspieranych przez lotnictwo, podczas gdy polskie siły pod Węgierską Górką liczyły jedynie 1500 żołnierzy. Straty po stronie polskiej to 7 zabitych i 10 rannych, po stronie wroga znacznie większe – ok. 200 zabitych i 300 rannych.

Węgierska Górka, Beskid Śląski

Węgierska Górka, Beskid Śląski

Węgierska Górka, Beskid Śląski

Węgierska Górka, Beskid Śląski

Jadąc w kierunku Wisły warto zahaczyć o Koniaków – wieś słynącą z wyrobu koronek. Dalej trasa wiosła do Wisły, która jest znanym ośrodkiem wypoczynkowym i turystycznym, a dodatkowo, dzięki osobie Adama Małysza, rozsławionym jako centrum sportów zimowych. W 2008r została oddana do użytku nowa skocznia w Wiśle-Malince, która jest drugą po Wielkiej Krokwi w Zakopanem skocznią w Polsce.

Wisła
Wisła

Wisła jest również ważnym ośrodkiem protestantyzmu w Polsce, na co dowodem są liczne kościoły ewangelickie w mieście. Znajduje się tu również Rezydencja Prezydenta RP będąca dziełem polskiej architektury okresu międzywojennego. Historyczna część Zamku Górnego i Kaplica udostępniane są do zwiedzania. Zwiedzanie jest bezpłatne, ale należy się zapisać z co najmniej siedmiodniowym wyprzedzeniem. Z dzielnicy Wisły – Czarnego – prowadzi szlak na Baranią Górę (1220 m npm), która jest drugim pod względem wysokości szczytem Beskidu Śląskiego.

Wisła

Ustroń podobnie jak Wisła jest znanym ośrodkiem wypoczynkowym oraz uzdrowiskiem. Z wizyty w Ustroniu ucieszą się przede wszystkim dzieci, gdyż miasto posiada park rozrywki Równica, a w nim m.in. tor saneczkowy, planetarium, kino 4D. Z Ustronia można również wjechać kolejką linową na górę Czantoria.

Ustroń

Szczyrk, kolejne miasto na trasie rozczarowało mnie, gdyż nie ma ono zbyt wiele do zaoferowania letniemu turyście. Osławione jako ośrodek sportów zimowych, w lecie miasto może być punktem wypadowym w góry, ale jego władze słabo dbają o tym, by odwiedzających zatrzymać na dłużej poza sezonem narciarskim. Centrum miasta biegnie wzdłuż głównej drogi przejazdowej w kierunku Bielska Białej, conie zachęca do zwiedzania. Jedyną atrakcją wydają się być sklepiki oraz stragany przydrożne. Generalnie Szczyrk pozostawił wrażenie przereklamowanego ośrodka narciarskiego bez pomysłu na wykorzystanie swojej sławy w okresie letnim.

Za to szczególnie zachwycił mnie Cieszyn – miasto na granicy Polski i Czech będące ważnym ośrodkiem kulturalnym regionu – co roku odbywają się tu liczne festiwale muzyczne, filmowe i teatralne. Miasto przez trzy stulecia było we władaniu Dynastii Habsburgów, stąd jego architektura pełna jest wpływów niemieckich i austriackich. Miasto dzieli rzeka Olza, po przejściu której znajdziemy się w Czechach, zobaczymy czeskie napisy i usłyszymy na ulicy czeski język. Ciekawe to bardzo, że przechodząc przez zwykły most możemy się znaleźć za granicą kraju.
Cieszyn
Do tej pory Cieszyn kojarzył mi się z największym przejściem granicznym na południowej granicy, teraz zapamiętam go jako polsko-czeskie miasto z licznymi zabytkami, uroczym rynkiem, ciekawą starówka z malowniczymi uliczkami oraz godnymi uwagi wydarzeniami kulturalnymi.
Cieszyn
Cieszyn
Cieszyn