Archiwum dla Czerwiec 2011

Gorce – z Rabki na Turbacz w pewną deszczową niedzielę

Gorce – dość niepozorne pasmo górskie w Beskidach Zachodnich – ma wiele zalet, do których zalicza się, oprócz malowniczych krajobrazów, również bliskość Krakowa. W jedną deszczową niedzielę wybraliśmy się do oddalonej o 60km od Krakowa Rabki, by tam rozpocząć wejście szlakiem czerwonym na Turbacz – najwyższy szczyt pasma. Mimo, iż bardziej popularne jest wejście z Nowego Targu, to z Rabki wydawało się ciekawsze, gdyż jest dłuższe i bardziej urozmaicone.

Szlak czerwony jest fragmentem głównego szlaku beskidzkiego o długości przekraczającej 500km, wiodącego z Beskidu Śląskiego aż w Bieszczady. Wyprawa nie zapowiadała się optymistycznie, gdyż już w drodze do Rabki zaczął padać rzęsisty deszcz, ale postanowiliśmy, że tak łatwo nie damy za wygraną. Zakupy w okolicznej Biedronce okazały się źródłem ambitnego pomysłu – jeden ze sklepów przylegających nazywał się bowiem Turbacz, stąd pojawiła się myśl zrobienia zdjęcia z „Turbaczem” w tle i powrotu do Krakowa.

Jednak chęć zdobycia prawdziwego Turbacza pomimo nienastrajającej do wędrówek górskich pogody okazała się silniejsza i po chwili byliśmy już w drodze. Zaraz na początku trasy znajduje się pierwsza Bacówka – na Maciejowej, kolejne schronisko – Stare Wierchy – nieco dalej. A potem to już tylko długi marsz. Widoki bardzo przyjemne, choć trasa w dużej mierze wiedzie przez las.

Gdy w końcu dotarliśmy na Turbacz (1310m), mieliśmy tylko chwilę na odsapnięcie, gdyż czekało nas jeszcze zejście, a z racji tego, że rozpoczęliśmy dość późno, gdy dotarliśmy na szczyt, zbliżał się już wieczór. Wejście to 4-5 godziny a zejście trwa niewiele krócej, gdyż szlak wiedzie na zmianę pod górę i z góry, co potem trzeba również przemierzyć w drodze powrotnej. Oj, była to długa droga, gdyż mimo iż trasa nie była trudna, byla bardzo długa – tego dnia przemierzyliśmy ok. 40km. Ale mimo deczczowej pogody, chwilowo zagubionego szlaku oraz totalnego zmęczenia każdy się zgodził, że to kolejny udany wypad na naszym koncie.

Reklamy

Połonina Wetlińska – w pogoni za rogaczami i bieszczadzką ciszą

Po Tatrach, Sudetach i Beskidach przyszedł czas na Bieszczady. Gdy się jest co tydzień w innych górach, łatwo można dostrzec różnice między górskim krajobrazem, roślinnością i… zwierzyną. W Wetlinie bowiem udało nam się zapoznać z mieszkańcem tamtejszych rejonów – jeleniem. Co prawda tacy z nas specjaliści od zoologii, że nikt sobie głowy nie da uciąć czy był to faktycznie jeleń, czy daniel, czy inny rogacz, ale wszyscy mieli niezłą frajdę nawiązując z nim kontakt.

Trzydniowy pobyt w Wetlinie nie był pełen ambitnych podejść, ani ataków szczytowych, ale przecież nie zawsze o to chodzi, by zdobywać kolejne szczyty. Nieraz miło się zaszyć gdzień w domku w bieszczadzkich lasach, słuchać niepojętej ich ciszy i po prostu nie robić nic. Mimo wszystko pięciogodzinną trasę udało nam się pokonać, a widoki były niesamowite.

Z Połoniny szybko zgoniła nas ogromna chmura, która nie tylko pokrzyżowała nam plany wejścia na Smerek, ale następnego dnia przyniosła równiez opady obfite i zniechęciła do drugiego podejścia w góry. Za to szybko sobie to wynagrodziliśmy, udając się do lokalnej restauracji Chata Wędrowca, gdzie można zjeść niepojętej wielkości naleśniki z owocami, wspaniałe placki po węgiersku, a nawet białą jagnięcinę, o czym przekonał się jeden z uczestników wyprawy. W drodze do Krakowa zaczęło się przejaśniać i nagle żal się zrobiło wyjeżdżać z tej oazy ciszy i spokoju. Ale przecież zawsze można wrócić – gdy ma się dość zgiełku miasta i chce się po prostu posłuchać bieszczadzkiej ciszy…