Archiwum dla Listopad 2010

Przez pustynię w stronę słońca czyli quad safari

Wyprawy quadami przez pustynię są częścią programu wycieczek fakultatywnych w Egipcie. My postawiliśmy na lokalną ofertę safari, co okazało się strzałem w dziesiątkę, bo choć ich wszędołazy wyglądały jakby przejechały 100 tys. km, quad safari uważam za najlepszy punkt wyjazdu do Egiptu. Wyprawa trwała blisko 4 godziny i zaczęła się od obowiązkowego punktu programu – szczelnego owinięcia głowy chustą na styl arabski a następnie zapoznanie uczestników z tajnikami prowadzenia quada (czytaj: wskazanie przycisku gazu i hamulca).

Następnie zwartą grupą ośmiu quadów wyruszyliśmy w kierunku pustyni. Prędkość na początku zawrotną nie była, organizatorzy dali nam czas na oswojenie się z czterokołowymi motocyklami oraz podziwianie Gór Morza Czerwonego. A był to widok niesamowity: skalisto-piaszczyste wzniesienia wyrastające raz po raz z jednostajnego krajobrazu pustyni. Po jakimś czasie prowadzący przyśpieszył, pozwalając nam nieco mocniej nacisnąć na gaz, co sprawiło, że wszyscy nagle poczuli wiatr we włosach i zaczęli pędzić rozklekotanymi quadami w stronę szybko zachodzacego słońca. Dosłownie w stronę słońca, bo zbliżała się 17:00 a świetlista kula przed nami była coraz niżej, co dawało złudne, acz niesamowite wrażenie, że uda się ją dogonić. Bez rezultatu. Słońce było szybsze i udało się na spoczynek.

Po ok. 2 godzinach zatrzymaliśmy się w wiosce beduińskiej. Po pierwsze po to, by z niewielkiego wzgórza podziwiać zachód słońca na pustyni. Po drugie, by zobaczyć jak żyją Beduini, pierwotnie koczownicze plemiona arabskie, które kiedyś zajmowały się głównie hodowlą wielbłądów, owiec i kóz, a obecnie szukają nowocześniejszych metod utrzymania, jak np. obsługa ruchu turystycznego w postaci przewodniczenia wycieczkom po pustyni czy przejażdżek wielbłądami.

Mimo, że zwiedzanie wioski beduińskiej jest jedną z wielu atrakcji oferowanych przez organizatorów turystyki w Egipcie, odnosiłam się do niego sceptycznie. Jakoś nie przemawiał do mnie pomysł zaglądania pustynnym koczownikom do chat z charakterystyczną turystom ciekawością. Koniec końców Beduinów odwiedziliśmy i faktycznie – wycieczka dała sporo do myślenia. Szczególnie o tym, jak niewiele ludziom potrzeba do życia, jak znajdują proste sposoby na poprawę egzystencji, które nikomu z tzw. „cywilizowanego świata” zorientowanego na posiadanie i konsumpcję nie przyszłyby do głowy. Niesamowite, jak ci ludzie, mając tak niewiele, potrafią cieszyć się z najmniejszej rzeczy, uparcie pielęgnują swoje tradycje i … żyją długie lata. Nie jest bowiem rzadkością, że Beduini dożywają późnej starości – nawet 120 lat – głównie dzięki naturalnym metodom leczenia i jedzeniu wolnemu od chemii.

Wśród zasłyszanych historii o zwyczajach beduińskich jest wiele takich, które wskazują na skrajną prostotę tego ludu – choćby o tym, jak dochodzi do małżeństwa wśród Beduinów, które jest niczym innym jak mniej lub bardziej korzystną transakcją dla rodziny przyszłej panny młodej. To rodzina bowiem wybiera kandydata do ręki ich córki na podstawie ilości wielbłądów przez niego oferowanych. Wydaje się to strasznie prymitywne, ale nie brakuje również historii wskazujących na świetnie rozwinięty instynkt przetrwania, jak np. stosowana przez Beduinów metoda poszukiwania wody na pustyni, polegająca na głodzeniu wielbłąda przez 10 dni, który następnie udaje się w głąb pustyni w poszukiwaniu źródeł wody. W ten sposób Beduini wiedzą, gdzie się osiedlić, by przeżyć. Strasznie fascynujące były te historie zasłyszane przy beduińskiej herbacie i oparach sziszy – szczególnie popularnej w krajach arabskich fajki wodnej.

Następnie udaliśmy się na krótką przejażdżkę wielbłądami – tymi najcenniejszymi dla Beduinów zwierzętami, które obok wskazywania źródeł wody, dostarczają również jedzenia w postaci mleka i mięsa, są również lokalnym środkiem transportu, z którego następnie przesiedliśmy się spowrotem na quady by, pełni pustynnych wrażeń, powrócić do hotelu.

Reklamy

W królestwie rafy, turkusowej wody i pustyni – Egipt

Trzeba było Egiptu, bym w końcu pojechała na wakacje zorganizowane. Bo mało czasu na planowanie, bo w Egipcie słaba baza noclegowa poza hotelową, bo z biurem korzystniej cenowo. I stało się – mój pierwszy raz. Wszystko zaplanowane i zorganizowane. Nie trzeba się martwić o wyszukanie lotów, rezerwację noclegu, wyżywienie. Wszystko jest all-inclusive. Nawet ręczniki plażowe i maski do nurkowania. Tylko najlepsze nie jest wliczone w cenę – całkiem spontaniczna przygoda, o którą nietrudno podróżując na własną rękę, za to nie tak łatwo w zaciszu hotelowego kompleksu.

Ale nawet jeśli coś jest trudne, nie znaczy niemożliwe. Wyjazd był bardzo udany i stanowił mieszankę błogiego nicnierobienia z intensywnym zwiedzaniem podwalin cywilizacji. Miał być Kair, piramidy i faraon, tymczasem wylądowaliśmy w Marsa Alam i pobliskim Luxorze, z jego świątyniami i antycznymi grobowcami i jak śpiewała Edith Piaf  „no regrets”, bo widoki były nie do opisania.

Marsa Alam to stosunkowo nowe miejsce na wakacyjnej mapie Egiptu. Leży nad Morzem Czerwonym, ok. 300km na południe od turystycznej mekki Egiptu, Hurghady i coraz bardziej podbija serca i portfele zwolenników turystyki zorganizowanej, stanowiąc konkurencję dla wspomnianej wcześniej Hurghady czy słynnego Sharm El Sheik. Marsa Alam może stawać w szranki z największymi kompleksami wakacyjnymi dzięki nowoczesnej bazie noclegowej (tu raczej nie spotkamy hoteli przypominających PRL-owskie bloki typowe dla Hurghady, tylko nowe obiekty z elementami architektury arabskiej nieco ładniej wkomponywujące się w krajobraz niż wspomniane molochy). Poza tym Marsa Alam wygrywa z innymi miastami, gdyż jako wciąż rozwijający się punkt turystyczny, nie zdążył przyciągnąć tylu turystów, co inne regiony, stąd jest znacznie mniej zatłoczony, czego zalety podkreślało wielu napotkanych fanów egipskiego wypoczynku. No i nie można nie wspomnieć o słynnej rafie koralowej, która uchodzi za jedną z najlepszych w Egipcie, przyciągając amatorów podwodnego zwiedzania.

Tak przyszło mi spędzić tydzień w tym królestwie rafy, turkusowej wody i pustyni. I choć sposób podróżowania nie był do końca moim wymarzonym, to Egipt jest imponujący, i warto było go odwiedzić, choćby w sposób zorganizowany. Również po to, by się utwierdzić w przekonaniu, że najlepiej być swoim turoperatorem, biurem podróży, przewodnikiem i rezydentem. Bo wszystko, co najlepsze w podróżowaniu, czyli planowanie, organizacja, poznawanie kultury i zwyczajów nie mieści się w opcji all-inclusive. Za to muszę przyznać, że organizacja podróży po Egipcie wymagałaby znacznie więcej przygotowań, niż po jakimkolwiek kraju europejskim, a samo zwiedzanie Egiptu na własną rękę, może dostarczyć wiecej przygód, niż sobie tego życzymy. O czym można się łatwo przekonać przy jakiejkolwiek interakcji z tubylcami.

Wrocław – miasto krasnali i dobrej energii

Miałam to szczęście odwiedzić miasto krasnali już wiele razy. Po raz pierwszy i najbardziej pamiętny na początku szkoły średniej na wycieczce dla seniorów (chyba już wtedy byłam zdania, że nie ważne jak, ważne by podróżować). No i zakochałam się. Zakochałam się na zawsze i bez pamięci, i konsekwentnie od 10 lat twierdzę, że Wrocław jest najpiękniejszym miastem w Polsce. Co prawda nigdy nie miałam okazji w nim mieszkać, ale każde odwiedziny tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że jest to miasto magiczne.

Magiczne pod każdą postacią – byłam już we Wrocławiu i zimową i letnią porą, a ostatnio miałam okazję zobaczyć miasto jesienią. I za każdym razem uderza to coś, jakaś niezwykła atmosfera, która sprawia, że chce się wracać do Wrocławia. Wracać, by po raz kolejny podziwiać słynne atrakcje miasta, jak wszechobecne odlewy krasnali, Ogród Japoński z jego orientalną architekturą i niezwykłymi kompozycjami roślinnymi, ogród zoologiczny, który jest najstarszym i największym zoo w Polsce, wielkie XIX-wieczne malowidło upamiętniające bitwę pod Racławicami, czy zabudowaną małymi kamienicami artystyczną ulicę Jatki z charakterystycznym pomnikiem ku czci zwierząt rzeźnych.

No i miejsca, które obowiązkowo odwiedzam będąc we Wrocławiu (i nie będę tu oryginalna) jak wrocławski Rynek czy Ostrów Tumski. Rynek, bo zawsze się tu coś dzieje, nie można się nudzić z racji licznych imprez kulturalnych, wystaw i pokazów artystycznych i dość mocno odczuwalnej międzynarodowej atmosfery, a z drugiej strony dzięki silnie odciśniętej historii choćby w postaci Ratusza czy kamienic z różnych epok. Poza tym mnogość kawiarni, pubów i restauracji gwarantuje dobrą zabawę w młodym towarzystwie. Mówię w młodym, gdyż mnie osobiście Wrocław zawsze będzie kojarzył się z jakąś młodością i świeżością, którą nie może poszczycić się wiele miast Polski. Może to dynamizm związany z silnym rozwojem gospodarczym miasta, może po prostu ludzie ze świeżymi poglądami – coś w tym mieście daje niesamowitą energię i chęć do życia.

Z kolei drugie moje ulubione miejsce Wrocławia – Otrów Tumski – pozostaje ulubionym z dokładnie przeciwnych względów. Odwiedzając tę nawodną osadę czuje się jakiś błogi spokój, może dzięki koncentracji zabytków religijnych, które są pozostałością po czasach, gdy miejsce to było siedzibą biskupią, może dzięki kojącej obecności Odry, która przecina teren Ostrowa Tumskiego. Dodatkowo nocna panorama oświetlonego Ostrowa ukazuje zupełnie inny, niezwykły obraz tego miejsca.

Na koniec, nie mogłabym nie wspomnieć o ulubionej dzielnicy Wrocławia – Krzykach, które z dala od centrum miasta zachwycają ogromem zieleni i starymi eleganckimi domami. Wydaje się, że obraz ten nie ulegnie zmianie, nawet gdy na terenie Krzyków powstanie 220-metrowy Sky Tower, gdyż Krzyki to, jak reszta Wrocławia, po prostu jakaś niesamowita atmosfera, której nie sposób opowiedzieć, trzeba ją po prostu doświadczyć.